Książki

Realista

Recenzja książki: Zachar Prilepin, „Klasztor”

materiały prasowe
Autorska wizja człowieka należy do tych najmroczniejszych, a przedstawia ją z wielkim, by nie powiedzieć piekielnym, talentem.

O „Klasztorze” pisze się już jako o dziele na miarę Tołstoja czy Dostojewskiego i nie jest to tylko forma promocji. Prilepin należy do pokolenia realistów opisujących nową Rosję i wprawdzie jest dostatecznie sławny, nagradzany, tłumaczony (w Polsce od lat ukazują się jego najważniejsze powieści), to tym razem przeskoczył jeszcze półkę wyżej i puka do drzwi tak zwanej wielkiej powieści rosyjskiej. Sam należy do nielegalnej Partii Narodowo-Bolszewickiej, ale raczej ze względu na niechęć do kapitalizmu niż miłość do bolszewizmu. „Klasztor” to opowieść o jednym z pierwszych łagrów na Wyspach Sołowieckich. Prilepin nie traci jednak odwagi i przenikliwości wielkiego krytyka Rosji, choć tak naprawdę trudno powiedzieć, gdzie kończy się tu obozowa historia, a gdzie zaczyna przypowieść. Proza obozowa to zwykle proza świadectwa, „Klasztor” natomiast to narracja pisana w oparciu o pewne fakty i dokumenty, lecz pozostaje pełnoprawną powieścią. Najważniejsze są tu postawy i charaktery, moralność w zderzeniu z najtrudniejszym wyzwaniem – bezsensownym cierpieniem. W tej imponującej panoramie osobowości najbardziej tajemniczy okazuje się główny bohater Artiom. Być może dlatego, że jest najbardziej szczery. Nie tragizuje, chce żyć, choć nie za wszelką cenę. Prilepin – jak na filozofa rosyjskiej duszy, albo i duszy ludzkiej w ogóle, przystało – śmiało wiąże metafizykę i historię. Jego wizja człowieka należy do tych najmroczniejszych, a przedstawia ją z wielkim, by nie powiedzieć piekielnym, talentem.

Zachar Prilepin, Klasztor, przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk, wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2015, s. 656

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Polityka 25.2016 (3064) z dnia 14.06.2016; Afisz. Premiery; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Realista"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Historia słynnego agenta 007

23 filmy, sześciu aktorów użyczających twarzy głównemu bohaterowi, mnóstwo wypitych Martini, rozbitych aut i uwiedzionych kobiet. Filmowy James Bond, od pięciu dekad obecny na ekranach, pobił rekord, do którego nie zbliżyła się żadna inna filmowa seria.

Katarzyna Czajka
02.10.2012
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną