Recenzja książki: Manuela Gretkowska, „Na linii świata”

Na skróty
Pierwszy problem jest taki, że przez nową powieść Manueli Gretkowskiej bardzo trudno jest się czytelnikowi przedrzeć.
materiały prasowe

Rzecz dotyczy niedalekiej przyszłości. Natasza, Polka zarabiająca na erotycznych wideoczatach, studentka psychologii, trafia do Doliny Krzemowej – do Toma (poznanego na kamerce), by zająć się jego autystycznym synem Ethanem. Tam zaczynają się niepokojące zjawiska: ktoś (lub coś) śledzi mieszkańców, hakuje komputery, dyktuje Tomowi warunki, szantażując życiem syna. Tom jest o krok od wynalezienia kwantowych komputerów, które już nie potrzebują ludzi. Pojawia się Sieć, która wie wszystko, granice świata realnego i wirtualnego się zacierają – w założeniu, jak u Philipa Dicka, który jest tu wielokrotnie wspominany. Ale w rzeczywistości do Dicka jest daleko.

Gretkowska posługuje się publicystycznym skrótem, który jest dobry w tekstach polemicznych, ale nie w powieści. Na każdej stronie mamy po kilka lub kilkanaście tez i poglądów, trudno natomiast czytelnikowi zrozumieć motywacje postaci. Houellebecq, któremu też zarzucano publicystyczność, jest przy tym przejrzysty i zdyscyplinowany. U Gretkowskiej dochodzi do tego nadmiernie zmetaforyzowany język i namiar wątków – nie bardzo wiadomo, do czego służy cały początek rozgrywający się w Polsce. Najlepszy jest portret kalifornijskiego życia, trafiają się ciekawe porównania – takie jak obraz czarnych parasolek w czasie Czarnego Protestu w Polsce porównanych do bezradnych chrząszczy przewróconych na grzbiet. Jest w tym obrazie to, co Gretkowska potrafi najlepiej – punktowanie rzeczywistości. Jej powieść jednak nie ma tej siły.

Manuela Gretkowska, Na linii świata, Znak Litera Nova, Kraków 2017, s. 304

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną