Recenzja książki: Emma Byrne, „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”

Przeklnij mnie
Książka pozostawia niedosyt, gdy chodzi o poszukiwania językowe, kulturowe czy literackie.
materiały prasowe

Po przegranym meczu z ulicy dochodziły solidne wiązanki przekleństw. Przy takiej muzyce ciekawie sięga się po opracowanie Emmy Byrne, w którym dyskurs naukowy, przede wszystkim z zakresu neurobiologii czy genetyki, jest również ukwiecony wulgaryzmami. Nie czyta się tej książki zresztą jak tekstu naukowego, ma w sobie lekkość związaną z tematem – to zasługa tłumacza, który musiał się nagimnastykować nad polskimi odpowiednikami rozmaitych wulgaryzmów. Zresztą jeden z najciekawszych rozdziałów poświęcony jest właśnie temu, co ginie w tłumaczeniach i jak tłumacze cenzurowali przekłady („Buszujący w zbożu”). Czy przekleństwa są bliższe ludzkiej mowy czy zwierzęcego skomlenia? Jaka część mózgu odpowiada za ich tworzenie? Jak zmieniało się przeklinanie? Autorka broni tezy, że przekleństwa są jednocześnie prymitywne i wyrafinowane, wymagają od mózgu skomplikowanego wysiłku, patrzy na nie jako na narzędzie tworzenia więzi społecznych – bitki słowne, które zastępują prawdziwe bijatyki. Pisze też o związku przekleństw i cierpienia. Książka pozostawia niedosyt, gdy chodzi o poszukiwania językowe, kulturowe czy literackie. Przekleństwa angielskie to przecież zupełnie inna historia niż przekleństwa francuskie czy rumuńskie (noblistka Herta Müller klnie tylko po rumuńsku, bo mówi, że to poezja). A osobną sprawą jest rola przekleństw w Polsce – ktoś powinien o tym napisać osobną książkę.

Emma Byrne, Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania, przeł. Marcin Wróbel, Buchmann, Warszawa 2018, s. 270

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną