Recenzja książki: Jerzy Pilch, „Żywego ducha”

Apokalipsa według Pilcha
Książka momentami przypomina felieton, esej czy dziennik.
materiały prasowe

Bohaterem najnowszej powieści Jerzego Pilcha jest niejaki Jerzy Andrzej Kubica, mieszkający w Warszawie i zajmujący się literaturą luteranin z Wisły. Znamy? To posłuchajmy dalej. W chwili, gdy go poznajemy, jest już od roku jedynym mieszkańcem Ziemi, ponieważ pewnego dnia wszyscy ludzie zniknęli. Już ten skrótowy opis może wpędzić czytelników w konfuzję. Z jednej strony mamy bowiem znajome Pilchowe uniwersum, z drugiej zaś zaskakujący wątek o fantastycznej proweniencji. Wisła i koniec świata? Niby nie pasuje – a jednak ma to swój urok. Nawet przy założeniu, że Pilch odchodzi od brawurowych fraz, a zgryźliwą ironię dawkuje z umiarem. „Żywego ducha”, pozostając rzeczą mimo wszystko na wskroś przesyconą duchem dawnego pisarstwa Pilcha, jest kolejnym już ogniwem w zarysowującym się w twórczości autora z Wisły nurcie elegijno-melancholijnym. 

Jerzy Pilch, Żywego ducha, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 200

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj