Książki

Fragment książki "Płynna nowoczesność"

     
Nieuchwytny i niezauważalny czas software’owego świata jest także czasem bez konsekwencji. „Momentalność” oznacza błyskawiczne, bezzwłoczne spełnienie, ale także natychmiastowe wyczerpanie się i zniknięcie zainteresowania. Dystans czasowy oddzielający koniec od początku kurczy się albo ostatecznie znika. Oba pojęcia, służące kiedyś do oznaczania upływu czasu, a więc także do szacowania „utraconej wartości”, postradały w dużej części znaczenie, którego źródłem — jak zawsze w takich przypadkach — był wyrazisty charakter opozycji. Zostały nam tylko „chwile” — punkty bezimienne. Ale czy taki czas, czas zbudowany z szeregu chwil bezi­miennych, jest wciąż jeszcze „czasem, który znamy”? „Chwila czasu” wydaje się, przynajmniej pod pewnymi względami, określeniem oksymoronicznym. A może, za-bijając wartość przestrzeni, czas popełnił samobójstwo? Czy przestrzeń nie była tylko pierwszą ofiarą w szalonym pędzie czasu do samounicestwienia?

Opisałem tu oczywiście g r a n i c z n y wariant historii czasu, coś, co na obecnym etapie wydaje się ostatecznym p u n k t e m  d o j ś c i a owej historii. Niezależnie od tego, jak krótki jest dzisiaj czas potrzebny do pokonania określonej przestrzeni, nie jest on jeszcze równy zeru. Nawet najbardziej zaawansowane technologie wyposażone w coraz potężniejsze procesory są jeszcze dalekie od osiągnięcia faktycznej „momentalności”. Nie nastąpiło jeszcze prawdziwe i pełne unieważnienie przestrzeni, będące logicznym następstwem unicestwienia czasu, nie nadano także pełnej nieważkości, ostatecznej lotności i elastyczności działaniom człowieka. Opisana przeze mnie sytuacja jest jednak faktycznym celem rozwojo­wym lekkiej nowoczesności. A co ważniejsze, jest to niezmiennie-pożądany, choć nigdy-nie-osiągalny-w-pełni (być może pożądany właśnie dlatego, że nieosiągalny) ideał głównych aktorów lekkiej nowoczesności, ideał, który w formie nowego aksjomatu przenika i wypełnia każdy organ, każdą tkankę i komórkę organizmu społecznego. Milan Kundera uznał „nieznośną lekkość bytu” za najgłębszą przyczynę tragizmu współczesnego życia. Italo Calvino, twórca do końca i w pełni wolnych postaci (wolnych absolutnie, gdyż nieuchwytnych, nie dających się pojmać, dogonić ani złapać) — barona drzewołaza i nie istniejącego rycerza — w lekkości i szybkości (jednocześnie!) widział najpełniejsze, ostateczne wcielenia odwiecznej wyzwolicielskiej funkcji literatury.

Ponad trzydzieści lat temu (w klasycznej pracy zatytułowanej Bureaucratic Phenomenon) Michel Crozier utożsamił panowanie (we wszystkich jego odmianach) z dostępem do źródeł niepewności. Jego teza wciąż zachowuje aktualność. Rządy sprawują ludzie, którzy mogą działać w sposób nie skrępowany regułami, a przez to nieprzewidywalny, narzucając zarazem ograniczenia działaniom innych osób (zmieniając je w monotonną, powtarzalną i przewidywalną rutynę). Ci, którzy mają rozwiązane ręce, sprawują władzę nad tymi, których ręce są skrępowane. Wolność pierwszych jest główną przyczyną zniewolenia drugich, a zniewolenie drugich ostatecznym warunkiem wolności pierwszych.

Przejście od ciężkiej do lekkiej nowoczesności niczego w tej kwestii nie zmieniło. Stare ramy wypełniły się jednak nową treścią. Mówiąc ściślej, uzyskanie „dostępu do źródeł niepewności” utożsamiono z realizacją jednego, podstawowego celu: błyskawiczności działania. Dziś władza spoczywa w rękach tych, którzy poruszają się i działają szybciej, którzy zbliżyli się najbardziej do momentalności ruchu. Rola poddanych przypada tym, którzy nie potrafią poruszać się tak szybko, a przede wszystkim tym, którzy nie mogą w ogóle dobrowolnie opuścić miejsca pobytu. Panowanie polega na zdolności do ucieczki, zerwania zobowiązań i znalezienia się „gdzie indziej” oraz na możliwości decydowania o dynamice i przebiegu tych działań. Panowanie to także pozbawianie podległych sobie osób narzędzi, za pomocą których mogłyby one powstrzymywać, ograniczać czy choćby spowalniać ruchy panujących. Współczesna walka o władzę toczy się zatem między siłami uzbrojonymi w narzędzia służące, odpowiednio, przyspieszaniu lub spowalnianiu ruchu.

Zróżnicowany dostęp do środków błyskawicznego reagowania ma zasadnicze znaczenie w przypadku dzisiejszych odmian odwiecznej i niezniszczalnej podstawy podziałów społecznych, którą we wszystkich jej historycznie zmiennych formach stanowi zróżnicowany dostęp do nieprzewidywalności, a tym samym do wolności. W świecie zaludnionym przez stąpających z mozołem po ziemi chłopów pańszczyźnianych łażenie po drzewach było dla baronów niezawodną receptą na zachowanie wolności. Łatwość, z jaką dzisiejsi baronowie naśladują tę sztukę, paraliżuje ruchy współczesnych „chłopów pańszczyźnianych”, a wymuszony bezruch i przywiązanie do ziemi tych ostatnich pozwala baronom na dalsze kultywowanie tradycji drzewołazów. Niezależnie od tego, jak głęboka i przygnębiająca byłaby dziś niedola chłopów, nie widać nikogo, przeciwko komu mogliby się oni zbuntować, a gdyby nawet zechcieli to uczynić, nie byliby w stanie nadążyć za szybko przemieszczającym się wrogiem.

Ciężka nowoczesność zamknęła kapitał i siłę roboczą w żelaznej klatce, z której nie było ucieczki. Lekka nowoczesność wypuściła z klatki jednego z partnerów. „Solidna” nowoczesność była epoką wzajemnego zaangażowania. „Płynna” nowoczesność jest erą braku zobowiązań, nieuchwytności, łatwych ucieczek i beznadziejnych pogoni. W „płynnej” fazie nowoczesności władzę sprawują najbardziej nieuchwytni — ci, którzy potrafią przemieszczać się niezauważalnie.

Karl Polanyi w opublikowanej w 1944 roku książce The Great Transformation: The Political and Economic Origin of our Time ogłosił, że uznawanie pracy za „towar” jest fikcją i zdemaskował konsekwencje umowy społecznej opartej na tej fikcji. Praca, przekonywał, nie może być towarem (a w każdym razie nie takim jak inne towary), ponieważ nie można jej sprzedać ani kupić bez jej wykonawców. Praca, o której pisał, była pracą w c i e l o n ą: nie można jej było „przemieścić”, nie przemieszczając zarazem pracowników — ludzi z krwi i kości. Aby skorzystać z pracy ludzkiej, trzeba było nająć lub zatrudnić całego człowieka, przy czym inercja ludzkiego ciała ograniczała swobodę pracodawców. Aby nadzorować pracę i wykorzystać ją zgodnie z jej przeznaczeniem, trzeba było objąć dozorem pracowników. Kontrolowanie przebiegu pracy wymagało kontrolowania jej wykonawców. Wymóg ten sprawił, że kapitał i siła robocza związały się ze sobą na dobre i na złe, co stało się powodem wielu konfliktów, zajadłych oskarżeń, zaciekłych walk i animozji, ale zarazem źródłem licznych wzajemnych ustępstw i nadzwyczajnej pomysłowości w uzgadnianiu możliwie zadowalających lub po prostu znośnych reguł współżycia. Rewolucje oraz idea państwa opiekuńczego były nieprzewidzianym, ale i nieuniknionym efektem sytuacji, która wykluczała możliwość zerwania wzajemnych zobowiązań.

Przeżywamy dzisiaj kolejną „wielką transformację”, a jedną z jej cech swoistych jest zjawisko całkowicie sprzeczne z tendencją, którą Polanyi uznawał za oczywistą. Następuje bowiem „dematerializacja” tej formy pracy, która pełni funkcję głównego źródła energii dla współczesnego kapitału. Nie potrzeba już dzisiaj panoptycznych, masywnych, topornych i niewygodnych w obsłudze obiektów zapewniających nadzór i dyscyplinę. Siła robocza opuściła mury Panopticonu, a co ważniejsze, kapitał pozbył się obowiązku i wygórowanych kosz­tów utrzymywania tej instytucji. Pozbył się zadania, które przywiązywało go do miejsca i zmuszało do wchodzenia w bezpośrednie relacje z siłą roboczą niezbędną do jego odtwarzania i pomnażania.

Bezcielesna praca epoki software’u nie krępuje już ruchów kapitału. Dzięki niej kapitał staje się eksterytorialny, ulotny i nieprzewidywalny. Dematerializacja pracy zwiastuje zwiewną lekkość kapitału. Ich wzajemna zależność została jednostronnie zerwana. Zdolność do pracy pozostaje jak dawniej niekompletna i nie spełniona bez obecności kapitału, ale podobna zależność nie dotyczy już drugiej strony. Kapitał chętnie podróżuje, licząc na krótkie zyskowne przygody i ufając, że nie zabraknie mu ku nim okazji. Kapitał może przemieszczać się szybko i bez obciążeń, a jego ruchliwość i lekkość stały się główną przyczyną niepewności dla innych. Ta sytuacja stała się dzisiaj podstawą panowania i głównym czynnikiem podziałów społecznych.

Masywność i wielkość przestały być atutem i stały się słabością. Dla kapitalistów, którzy zamieniliby chętnie masywne biurowce na miejsca w gondoli balonu, najważniejszym i najcenniejszym atutem jest łatwość unoszenia się (buoyancy), a tę najłatwiej zwiększyć, wy-rzucając z gondoli każdy zbędny ładunek i pozostawiając na ziemi wszystkich członków załogi, bez których można się obejść. Najkłopotliwszym balastem, którego należy się szybko pozbyć, jest uciążliwa konieczność dowodzenia liczną załogą. Wskutek przybywania wciąż nowych obowiązków i powinności balast ten ma irytującą skłonność do przybierania na wadze i ustawicznego rozdymania. Jeżeli głównym celem „sztuki zarządzania” w czasach ciężkiego kapitalizmu było przywiązanie „siły roboczej” do miejsca pracy oraz zmuszenie lub nakłonienie jej do wykonywania zrutynizowanych czynności, to sztuka zarządzania w epoce lekkiego kapitalizmu polega przede wszystkim na rozluźnianiu związków z miejscem zatrudnienia czy wręcz na zmuszaniu pracowników do jego opuszczenia. Przelotne spotkania zastępują dziś trwałe związki. Żeby wycisnąć trochę soku z cytryny, nie trzeba od razu sadzić gaju cytrynowego.
  

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną