Fragment książki "Ballada o dobrym dresiarzu"

  

Więc niby jego życie się zmieniło, ale w gruncie rzeczy było dokładnie takie samo jak kiedyś. W każdym razie po wierzchu. Mieszkał, gdzie wcześniej, wyglądał, jak wcześniej. Był przystosowany do otoczenia. A że pod spodem był inny – któż o tym wiedział. Nawet jak z czasem dorobił się komputera, żeby recenzje pisać i wysyłać mejlem z domu, to i tak musiał chować maszynę do szafy, bo jakby go ktoś nakrył, to co by powiedział kumplom czy rodzinie?

Oficjalnie pracował jako ochroniarz.

Na osiedlu nie wiedzieli, co robi na boku, ale i tamci nie wiedzieli, kim naprawdę jest. To mu pasowało. Jak siedział w teatrze, nikt by nie podejrzewał, że ktoś taki za kilka dni napisze totalnie flekującą recenzję. Rysiek ziewał, drapał się, dłubał w nosie. Umiał czasem nawet pierdnąć, żeby sprawdzić, czy ktoś mu zwróci uwagę. Gdzie tam. Nikt nie fikał, bo jak się popatrzyło na jego wygoloną pałę, to każdy myślał, że lepiej siedzieć cicho.

Tak się Rysiek rozzuchwalił. Pisał ostro, nie żałując sobie, tym bardziej, że go z redakcji naciskali, żeby się nie obcyndalał, że trzeba po męsku, konkretnie, napisać, jak mu się sztuka nie podoba.

A jak raz polonistka, która czytała jego teksty przed wysłaniem, zaczęła mu mieszać w głowie, że jest za ostry i poradziła, żeby pracował nad stylem, pisał bardziej lekko, to tylko miał z tego kłopoty. Bo jak zaczął lekko, to raz, drugi przeszło, ale za trzecim mu powiedzieli, że gubi sens, że poziom mu spada, że to się czyta gorzej niż kiedyś. Że najlepiej jest porządnie przyłożyć, to się ludziom podoba. A czy słusznie? Kto pójdzie, sam sobie wyrobi pogląd, a kto nie pójdzie, to niech sobie przynajmniej poczyta ostry tekst, przywalający po nazwiskach.

Więc pisał mocno. A im mocniej dokopywał, tym bardziej się podobało. Dostawał premie za niektóre teksty, chwalone przez ważnych redaktorów. Więc szedł w to dalej, uważając tylko, żeby nie wziąć pod obcasy kogoś, z kim jego szefowie mieli dobry układ. Wiadomo – huzdebos. Gazeta była duża i płaciła nieźle. Warto było się słuchać.

Po którejś jego recenzji przedstawienie zeszło po tygodniu, bo inni recenzenci podchwycili ton i napisali po nim to samo. Wtedy się przekonał, że go czytają. Poczuł się mocny. Miał władzę.

Więc się Rysiek zupełnie przestał obcyndalać. „Obciach”, „żenada” – takie określenia mu nie wystarczały. To już dla niego było za słabe. Jechał konkretnie, pisał tak, jak się mówiło na osiedlu. Że spektakl to „zasrana chała”, że reżyser „ściemnia i kwasi”, „nie może wystękać, o co mu chodzi” i jest „aspirującym cieniasem”, a aktorka robi miny, „jakby nafajdała w gacie i bała się, że inni już wyczuli smród”.

Czasem czuł, że posuwa się za daleko, ale nikt mu nie mówił, że coś jest nie tak. Nie miał kto. Do nauczycielki, tej polonistki, od pewnego czasu nie chodził, odkąd kiedyś bardzo skrytykowała jego recenzję, którą akurat bardzo chwalili w redakcji, że aż dostał specjalne gratulacje od szefa działu kultury. Przy tym w innych gazetach powoływali się na jego opinie, cytowali go. Pasowała mu ta władza, którą miał, choć go nikt nie znał. I coraz lepsze pieniądze, bo redakcja doceniała jego talent. Dokopywał więc dalej, coraz mocniej, coraz mniej przejmując się tym, czy to sprawiedliwe. Ważne było, że się podoba, że czytają, a dzięki temu jego szefowie są z niego zadowoleni. Wiedział, że to podstawa.

No i w końcu przyszedł kryzys. (...)

  
MEDUZA  

Wesołowski wyszedł spod prysznica i spojrzał na zegarek. Było parę minut po piątej. A więc miał jeszcze trochę czasu. Przeciągnął dłonią po policzku. Drapało. Golił się rano, ale postanowił zrobić to jeszcze raz, żeby jego twarz była na wieczór gładka jak reklama w kolorowym piśmie. Wiedział, że kobiety to lubią, a cała mitologia zarostu jako symbolu męskości była dla nich czymś tak archaicznym, jak zjadanie serca pokonanego wroga, żeby zyskać jego męstwo. One wolały gładkich i Wesołowski chciał być gładki, aby odnieść sukces.

Kiedy skończył golenie, sięgnął do szafki, gdzie miał przygotowaną inną, stępioną już golarkę. Napsikał na dłonie piankę do golenia i nasmarował się od razu pod obiema pachami, po czym zaczął powolnymi ruchami kosić kilkudniowe włoski. Jeszcze tego dobrze nie umiał. Zaczął to robić ledwie parę miesięcy wcześniej. Gdyby ktoś mu rok temu powiedział, że będzie się wygalał pod pachami, Wesołowski wyśmiałby go albo strzelił w pysk.

Czy ja wyglądam na pedała albo transwestytę? – powiedziałby.

Ale czasy się zmieniały i trzeba było za nimi nadążać, bo inaczej wypadało się z gry.

“Wypaść z gry”. To słyszał bardzo często. Ostatnio parę godzin temu, na roboczym spotkaniu w wydawnictwie.

  
– Musimy się sprężyć, chłopcy, bo inaczej wypadniemy z gry – powiedział szef od reklamy. – Wiecie, że motoryzacyjne dodatki do dzienników depczą nam po piętach. Dziś rano dostałem poufną informację, że nasza ulubiona gazeta szykuje nową ofertę cenową. Z grubsza polega to na zniżkach za łączenie kampanii zlecanych przez tę samą agencję w jednym czasie. Wiecie, co to oznacza. Polecą nam nie tylko po samochodach, do czego powoli i z bólem przywykamy, ale także po wszystkim, czym dotąd łataliśmy te dziury.

– Od kiedy to wchodzi? – zapytał Wesołowski czy któryś z chłopaków.

– Od jesieni, najprawdopodobniej koniec września – powiedział szef. – Mamy miesiąc z małym kawałkiem, żeby coś zrobić. A biorąc pod uwagę zatwierdzanie mediaplanów, to w ogóle nie mamy czasu. Za parę dni, no dobrze, tydzień, macie mi tu przynieść na stół kilka milionów na jesień. Wychodzi po trzysta–pięćset tysięcy na głowę.

– Szefie, są wakacje. Ludzie powyjeżdżali – kwęknął któryś.

– To dobrze, że są wakacje. Kobitki są rozluźnione, już wypoczęte. Możecie je gdzieś zabrać. Na łódkę, na weekend nad morzem. Gdzie bądź. Już wasza w tym głowa, jak to zrobicie. Od tego was mam, moje orły. Jeśli nie postaracie się teraz, na jesieni będzie za późno. Wypadniemy z gry.
  

Sytuacja nie była łatwa. Swoje kontakty motał Wesołowski z pewnym wyprzedzeniem. Nie lubił robić nic na wariata. A jego klienci w większości powyjeżdżali. A raczej powyjeżdżały. Oczywiście, mógł się napiąć, kupić sto jeden róż, paść na kolana, uderzyć w wysokie tony, że musi, że go wyrzucą, że padnie wydawnictwo, że to jeden jedyny raz... Mógł, ale to paliło kontakty. To była ostateczność. Później musiałby zaczynać wszystko od nowa. A w tej pracy ważna była planowość, systematyczność i brak pośpiechu. Jeśli tak, to już lepiej było wymyślić coś nowego, coś ekstra.

Wesołowski zszedł do pokoju, gdzie stało jego biurko. Rzadko tam pracował, bo jego rozmowy były zbyt intymne, żeby dzielić je z kolegami z pokoju. Nie żeby się ich wstydził – oni grali w te same gry. Chodziło raczej o koncentrację. Po co mieli mu utrudniać, peszyć go, rozśmieszać. Dzwonił z domu lub z komórki.

W swoim pokoju trzymał jednak szpargały, którymi nie chciał zagracać małego wynajętego mieszkania. Foldery z seminariów, konferencji, festiwali, stare wizytówki, pisma, notatki o ludziach, całe podręczne archiwum. Zaczął w tym grzebać: kartkować, wywracać szuflady, przeglądać.

  
– Jest! – wykrzyknął triumfalnie po jakiejś półgodzinie. Rudziak i Leszczyński aż podskoczyli.

– Co, znalazłeś starą prezerwatywę z nasieniem Michaela Jacksona? – zakpił Rudziak.

– Może raczej jego szympansa. To było naprawdę trudne do zdobycia, jest się z czego cieszyć – dołożył swoje Leszczyński.

– Kogo chcesz tym zapłodnić? Szefową reklamy w Benkizerze? Ona i tak wygląda jak małpa – zarechotali obaj.

– Żeby was zapłodnić, pasowałyby chyba nasiona rzeżuchy – odciął się Wesołowski.

– Dlaczego? – Rudziak był trochę mniej lotny i dał się zaskoczyć.

– Bo i tak nic bardziej skomplikowanego nie jesteście w stanie urodzić – zakończył Wesołowski, zamykając biurko. – To na razie, frajerzy, lepiej myślcie, skąd wytrzaśniecie wasze budżety – rzucił za siebie i pobiegł w stronę windy, pogwizdując wesoło.

  
Tym, co udało mu się znaleźć, był stary bilet wstępu na imprezę, organizowaną przez któreś radio w wielkiej dyskotece na peryferiach Krakowa. Zapisał na nim telefon i namiary na poznaną wówczas dziewczynę, która była nową mediaplanerką w dużej zachodniej agencji reklamowej. Wtedy nie zdążył wykorzystać tego kontaktu. Był przedostatni dzień, miał dużo swoich starych lasek, którym wisiał kawy, kolacje, noce. Poza tym tamta agencja nie miała żadnego klienta, któremu dałoby się wcisnąć reklamę w ich piśmie, nawet naciągając to tak jak zazwyczaj. A teraz skojarzyło mu się, że właśnie oni wygrali ostatnio pitch na dużą kampanię banku, który wchodził z nową kartą i ofertą ROR-ów. To były pieniądze, które od biedy mogli wydać u nich. Przynajmniej w części. Trochę reklama, jakaś wspólna akcja promocyjna, w nagrodę samochód, który Wesołowski by wycyganił przez swoje kontakty.

  
– Wylazińska, Wylazińska, to jest to, czego szukałem, żeby tylko była w Warszawie, musi się udać, musi się udać – mamrotał do siebie.

  
Na swoje klientki mówił zawsze po nazwisku. Wylazińska, Rumniak, Stelmach. Tak mówił do siebie, w myślach. Bo do nich zwracał się zawsze po imieniu i do tego, kiedy tylko już mógł, pieszczotliwie. Kasiu, Basiu, Aniu, a potem Kasieńko, Basieńko, Anusiu. Oczywiście, kiedy przyszła pora – nie za wcześnie.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną