Fragment książki "Szminka w kolorze cyklamenu"

  
Już jesień, pomyślała, patrząc w lustro, w którym zatrzymał się promień słońca. Oświetlił jej twarz, potem skręcił  gdzieś pod umywalkę i schował się pod mały dywanik. Przydepnęła go nogą w szerokim kapciu, którym kiedyś nie zabiłaby nawet muchy. Nie ze względu na miłość do much, tylko obrzydzenie, jakim napawały ją takie właśnie, deformujące stopy kapcie.

Kiedy i dlaczego u licha je kupiła? - zaczęła się zastanawiać, ale nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy.

Zbliżyła twarz do szklanej tafli, na której od razu pojawił się maleńki obłoczek pary. Nie starła go ręką, bo w niczym jej nie przeszkadzał. I tak widziała zbyt  dokładnie swoją twarz - z siateczką zmarszczek wokół oczu i przy nosie. Małą, czarną naroślą, którą dermatolog już dawno zakwalifikował do usunięcia, z niewielkim śladem po ospie, niegdyś tak rozczulającym jej pierwszego kochanka.

Spojrzała na swoją szyję, pokrytą brązowymi piegami, pamiątkę po ostatnim nierozważnym lecie kiedy jeszcze umiała się śmiać, pragnąć i pożądać.

Właściwie powinna się cieszyć,  ale  jakoś nie  mogła. Wszystko razem - twarz i szyja wyglądały żałośnie. Jednak  nie potrafiła oderwać oczu od błyszczącej tafli lustra. Odwrócić się, wyjść.

A gdyby tak uderzyć w nie pięścią, pogruchotać na małe kawałki? Może wtedy doznałaby ulgi, może wtedy ...Ale to przecież ,, jego’’ lustro, w drogich ramach, z porządnego szkła. Jej własna była tylko starzejąca się twarz.

Próbowała wywołać na niej uśmiech, jednak usta ułożyły się w jakiś grymas. Chwyciła szminkę stojącą na ,, jego’’ umywalce i zaczęła malować półotwarte w krzywym uśmiechu  wargi. Ostro zaznaczone kontury nadały twarzy nowy wyraz. W lustrze ukazała się postać obcej kobiety, twardej, zdecydowanej, która mówiła - musisz to zrobić ! Uderz -  no, uderz!

Odsunęła na bok flakoniki z perfumami, kremy w zielonych pudełkach. Ale ręka zwinięta w pięść zatoczyła tylko jakiś krąg. Zamiast uderzyć, musnęła jedynie lustrzane szkło.

Sięgnęła po kosmetyczny wacik, starła w pośpiechu czerwoną szminkę. Teraz twarz była znowu zwyczajnie stara, pozbawiona siły i energii.

Zobaczyła w niej, oprócz brzydoty, tylko tak dobrze znany strach,  przed  mężczyzną z którym kiedyś wymieniła ślubne obrączki, przed tym co stanie się jutro, albo pojutrze, przed życiem pozbawionym sensu i radości. To właśnie strach zatruwał jej ciało i duszę.

Patrząc w lustro, próbowała ustalić kiedy się tu zjawił. To było w tym dniu kiedy zdała sobie sprawę , że jest krzesłem. Zwyczajnym meblem, ani szczególnie cennym ani oryginalnym, łatwym do przestawiania i banalnie prostym - oparcie, siedzisko i cztery nogi. Jest, a nie istnieje.

Od kiedy stała się krzesłem, nie czuła tak podniecającego kiedyś drżenia ciała, owej tajemniczej mowy kochanków. Była jak wysiedziany materiał, bez żadnej niespodzianki.

Wiedziała, że krzesło nie może się zbuntować. Zresztą czy ktoś widział zbuntowane krzesło? Jej łzy też były zwyczajne, z powodu bólu głowy, fizycznej niemocy, a oczy straciły dawny blask, jak tkanina na  meblu.

Jeszcze nie chciała na to zgody, pisała pełne rozpaczy listy, które natychmiast zwijała w małą kulkę i dla pewności darła na drobne kawałeczki. Już nie wkładała do kieszeni jego marynarki karteczki z wykaligrafowanym ,, kocham cię’’. Zrezygnowała z jedwabnej bielizny ze sztywną koronką, upychając ją na dnie szuflady. Krzesło w falbankach? To jakaś bzdura, rozpaczliwy kicz.

Chwyciła znowu cyklamenową szminkę. Niedawno szukając w jego kieszeni dowodu rejestracyjnego odkryła, że taką samą kupił swojej kochance.  Kiedy spytała, kogo jeszcze chce obdarować takim samym prezentem? - wzruszył tylko ramionami. Nie będzie przecież prowadził dialogu z krzesłem, pomyślała. I nie ponowiła pytania.

Niedawno czytała powieść amerykańskiej pisarki. Nazwiska nie pamiętała. Zapamiętała tylko fragment o mężczyźnie, który kupił kochance nocną koszulę z koronki, a żonie żelazko. A potem pomylił prezenty.  I ta żona cieszyła się jak idiotka. A on siedział wściekły, bo nie mógł sobie darować pomyłki.

Kiedy ostatni raz byli  w lokalu na kolacji? Nie potrafiła sobie przypomnieć. Zwykle wracał późno, jadł coś ciepłego, krzywiąc się przy tym jakby danie parzyło go, albo napawało obrzydzeniem  i czytał gazetę.

Ona siedziała na przeciwko i czekała, żeby się odezwał, zapytał o cokolwiek.  - Z przodu ściana, z tyłu ściana, w środku gazeta.

- A może by tak podejść, pomachać mu przed oczami ręką i spytać jak kiedyś - boisz się wilka?

Bardzo lubili tę dziecinną zabawę. On tak śmiesznie machał rzęsami, na dowód, że się boi, albo krzyczał, że wcale się nie boi i natychmiast pokona groźne zwierzę. Rzucał się na nią, próbował obezwładnić, a potem długo całował gorące z podniecenia wargi.

- Zrobię to, muszę się przekonać czy jeszcze na niego działa. Wiele razy próbowała wstać, podejść, pomachać  przed oczami, schowanymi za gazetą, ale  w końcu uznała, że to żałosne.

- Zaraz usłyszy, wariatko, co robisz? Czy już spokojnie we własnym domu nie można poczytać ? - Akcent jak zwykle położy na wyrazie ,, własnym’’, potem obrazi się, pójdzie do gabinetu, do sypialni, gdziekolwiek, byle dalej.

Kiedy ostatnio przyglądała mu się uważnie, w ostrym świetle halogenowej żarówki zauważyła, że zaczął mocno siwieć, od czubka głowy, nie na skroniach , jak inni. - Ale zawsze był kimś wyjątkowym, a ona tylko zwykłą, głupią starą babą, której nie zostawia się z litości, ale nie pieprzy nawet z obowiązku.

Zresztą po co, niedawno słyszała jak opowiadał kumplowi przez telefon - wiesz, mam świeżą dupę. Dobra jest, i dyspozycyjna.

Narysowała nowy kontur ust. Znowu spojrzała w lustro. Szminka rozmazała się, pogrubiając nienaturalnie wydatne wargi.

- Muszę to zetrzeć, mówiła do pustych ścian, nerwowo szukała wacika, potem kremu. Ale usta ciągle były rozmazane.

- Szybciej! - Zaraz wróci i powie   - nawet umalować się nie potrafisz!  A potem zacznie się przyglądać małymi oczami krótkowidza.

Nienawidziła kiedy tak na nią patrzył, jakby była brudna. Instynktownie wycierała policzek, chcąc usunąć niewidoczną sadzę.

- Starzejesz się, mówił  wtedy. To chyba ta nowa zmarszczka daje taki cień.

Wiedział jak nie znosiła  mentorskiego tonu, więc z upodobaniem wygłaszał swoją tyradę na temat kobiet, które wchodzą w smugę cienia, ich  nieusprawiedliwionych seksualnych apetytów.

- To jest ta wasza bulimia wieku starczego, śmiał się, a brzydki grymas wykrzywiał jego twarz.

Okno łazienki było otwarte. Zachłysnęła się słodkim powietrzem, rozpoznała zapach białego kaprifolium. Kiedyś kochali się na posłaniu z tych drobnych kwiatów, o nieznanym jej dotąd zapachu. To dlatego posadziła w ogrodzie ten krzew, kiedyś dorodny,  teraz skarlały.

- Przecież już nie kwitnie, więc skąd ten zapach? Zamknęła okno i pochyliła się nad umywalką. Czuła, że ją mdli. Wypiła łyk zimnej wody.

- To nerwy, tylko nerwy! Gdzieś tutaj powinny być krople? W końcu znalazła małą buteleczkę. Piła z namaszczeniem, jakby wierząc, że lek od razu zadziała.

Znowu spojrzała w lustro. Przez chwilę wydawało jej się, że widzi twarz własnej matki, z ustami ułożonymi w żmijne wężyki. I ten grymas - wiecznego niezadowolenia.

Kiedy była dziewczynką i rysowała jej portret, najwięcej wysiłku poświęcała ustom. Pogrubiała je czerwoną kredką, aż zaczęły przypominać grube wargi murzyńskich kobiet. Dopiero wtedy grymas znikał.

Dlaczego z nim jestem?  Dlaczego godzę się  być krzesłem? To pytanie zadawała sobie po wielokroć. Na szalce wagi kładła swój wiek i strach przed podjęciem decyzji. Czuła, że brak jej woli, by cokolwiek zmieniać. Powoli przyzwyczajała się, że jest krzesłem, któremu niebawem odpadnie noga albo przetrze się obicie.

Jeszcze bardziej intrygowało ją, dlaczego on nie chce odejść? I uznała, że widocznie boi się  jeszcze bardziej. Przy niej może siwieć, cierpieć na migreny, na które wymyśliła skuteczny  kompres z naparu goździków. Może stawiać swoje krzesło  w kąt. Wszystko już może i niczego nie musi.

Twarz kobiety w lustrze ciągle na nią patrzyła. Już pora, zrób to, teraz albo nigdy! Nie stchórzysz, nie wykręcisz się.

Pogrubiła usta kolorem cyklamenu tak że wyglądały jak  grube, murzyńskie wargi matki. Jej głos słyszała tuż przy uchu, blisko. Był suchy, pozbawiony barwy. Słowa trzaskały jak wystrzał z karabinu.

- Masz kanciaste ruchy,  za duże stopy, garbisz się, jak mówisz, zakrywasz ręką usta. I jąkasz się, zawsze jak chcesz skłamać, to się jąkasz.  -  Jesteś zła,  jesteś głupia!

Potem głos matki stał się nieco grubszy.

- Nie dokręcasz tubki z pastą, znowu woda leci całym strumieniem, masz za grube uda, schudnij, załóż golf, zacznij myśleć.

- Nie lubisz mojej matki, nie lubię twojej matki,  nie umiesz czytać instrukcji, nie umiesz jeździć samochodem.  Nie umiesz , nie umiesz, nie , nie , nie !

Ręka najpierw tylko odbiła się od szkła, by potem  uderzyć nieznaną sobie dotąd siłą. Pękające odłamki spadały na umywalkę.

Nagle ktoś wykręcił jej boleśnie ramię, dłoń zawisła w powietrzu. Usłyszała dobrze znany beznamiętny głos.

- Przecież nie mogę pozwolić, żebyś zrobiła sobie krzywdę.

Mordowanie słowami  wysyczanymi do ucha, to była jego specjalność.

Kulturalni ludzie przecież nie podnoszą głosu, potrafią zapanować nad emocjami. Obezwładniający ból najpierw odebrał jej siły, po chwili zauważyła, że trzyma w ręku odłamek szklanej tafli.

Zadała nim cios, bezsensownie, na oślep, ale chyba celnie. Mężczyzna zbladł i krzyknął -co robisz? Wariatko, opamiętaj się! Ale nie słyszała jego głosu, tylko głos tamtej kobiety. Czerwony ślad na koszuli zaczął się powiększać.

Nie zwracała na to uwagi, zadając kolejne ciosy . Kiedy zauważyła, że leży skulony w kącie i nie ma siły podnieść się z kamiennej posadzki, powoli i starannie starła z ust czerwoną szminkę.

Jej twarz znowu była zwyczajnie stara. Wyszła z łazienki. Ostrożnie zamknęła drzwi domu. Łuna zachodzącego słońca jeszcze rozświetlała niebo.
     

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną