Fragment książki "Możliwość wyspy"

 
DANIEL 1,2

Kiedy widzi się, jakim powodzeniem cieszą się
niedziele bez samochodu i spacery wzdłuż brzegu rzeki,
doskonale można sobie wyobrazić ciąg dalszy
...

Gérard – taksówkarz

         

Dzisiaj nie potrafiłbym chyba przypomnieć sobie,  d l a c z e g o  poślubiłem swoją pierwszą żonę; gdybym ją spotkał na ulicy, sądzę, że nie poznałbym jej. Pewne rzeczy się zapomina, zapomina się je na dobre; błędem jest przypuszczać, że wszystko przechowujemy w sanktuarium pamięci, niektóre wydarzenia, może nawet większość, są raz na zawsze  w y c i e r a n e, nie pozostaje po nich żaden ślad, tak jakby w ogóle nie zaistniały. Co do mojej żony, a właściwie mojej pierwszej żony, przeżyliśmy razem jakieś dwa, trzy lata; kiedy tylko zaszła w ciążę, właściwie od razu ją rzuciłem. W tamtym czasie nie odniosłem jeszcze żadnego sukcesu, otrzymała więc jedynie nędzne alimenty.

W dniu samobójstwa mojego syna smażyłem sobie jajecznicę z pomidorami. Żywy pies jest więcej wart niż nieżywy lew, ocenia słusznie Eklezjasta. Nigdy nie lubiłem tego dziecka, głupotą dorównywało matce, a podłością ojcu. Jego śmierć wcale nie oznaczała dla mnie katastrofy; świat może się obejść bez istot tego rodzaju.

Od mojego pierwszego spektaklu upłynęło dziesięć lat, znaczonych epizodycznymi i mało zadowalającymi przygodami, aż poznałem Isabelle. Miałem wówczas trzydzieści dziewięć lat, ona trzydzieści siedem, byłem człowiekiem powszechnego sukcesu. Kiedy zarobiłem pierwszy milion euro (chcę powiedzieć, kiedy naprawdę go zarobiłem i odłożyłem na pewnej lokacie), zrozumiałem, że nie jestem balzakowskim bohaterem. Większość balzakowskich bohaterów po zarobieniu pierwszego miliona myślałaby o zarobieniu drugiego – z wyjątkiem tych, nielicznych zresztą, którzy zaczynają wówczas marzyć o chwili, kiedy będą mieli ich dziesiątki. Ja natomiast zacząłem się zastanawiać, czy na tym będę mógł zakończyć swoją karierę – zanim stwierdziłem, że nie.

W początkowej fazie wspinania się ku sławie i fortunie smakowałem czasami przyjemności konsumpcji, którymi nasza epoka przewyższa wszystkie poprzednie. Można w nieskończoność sprzeczać się, czy ludzie byli, czy też nie byli bardziej szczęśliwi w ubiegłych stuleciach; można komentować zanik praktyk religijnych i uczuć miłosnych, dyskutować wady i zalety tej sytuacji; przywołać narodziny demokracji, utratę poczucia sacrum, rozpad więzi społecznych. Zresztą wszystko to robiłem w większości skeczy, aczkolwiek w żartobliwym tonie. Można nawet podać w wątpliwość postęp technologiczny i naukowy, odnosić na przykład wrażenie, że ceną za udoskonalenie technik medycznych był wzrost kontroli społecznej i całkowity spadek radości życia. Tyle tylko, że jeśli chodzi o konsumpcję, wyższość dwudziestego stulecia była nie do podważenia: nic, w żadnej innej cywilizacji, w żadnej innej epoce, nie mogło się równać z jaskrawą doskonałością współczesnego centrum handlowego funkcjonującego pełną parą. Konsumowałem tedy z radością, głównie buty; potem powoli zacząłem odczuwać znużenie i zrozumiałem, że moje życie bez tego codziennego gorsetu przyjemności, prymitywnych i zarazem powtarzalnych, nie byłoby takie proste.

Kiedy poznałem Isabelle, miałem chyba około sześciu milionów euro. Bohater balzakowski na tym etapie kupuje luksusowy apartament, który zapełnia dziełami sztuki, i rujnuje się dla tancerki. A ja zajmowałem trzypokojowe mieszkanie w czternastej dzielnicy i nigdy nie spałem z  t o p  m o d e l k ą – nawet nie miałem na to ochoty. Uznałem za właściwe przynajmniej raz odbyć stosunek z modelką podrzędnej klasy; nie pozostawiło to we mnie niezatartych wspomnień. Dziewczyna była w porządku, miała dosyć duże piersi, ale w końcu nie lepsze niż wiele innych; biorąc wszystko pod uwagę, ja byłem mniej przereklamowany niż ona.

Wywiad odbył się za kulisami, tuż po spektaklu, który spokojnie można określić jako  t r i u m f a l n y. Isabelle była wówczas naczelną „Lolity” po długim stażu pracy w „20 Ans”. Początkowo nie byłem zbyt przychylnie nastawiony do tego wywiadu; kiedy przeglądałem gazetę, mimo wszystko zaskoczył mnie nieprawdopodobny poziom skurwienia, jaki proponowały młodym dziewczynom artykuły: T-shirt odpowiedni dla dziesięciolatki, obcisłe, białe szorty, stringi, wystające ze wszystkich stron, wiadomy użytek z lizaków Chupa-Chups... było tu wszystko. „Tak, ale mają interesujący target... – naciskała moja rzecznika prasowa. – A poza tym redaktor naczelna przyjdzie we własnej osobie, wydaje mi się, że to dobry znak...”.

Podobno są ludzie, którzy nie wierzą w  z a k o c h a n i e  o d  p i e r w s z e g o  w e j r z e n i a; i nie biorą tego wyrażenia dosłownie. Oczywiste jest, że wzajemne przyciąganie w każdym przypadku następuje bardzo szybko; od pierwszych minut spotkania z Isabelle wiedziałem, że przeżyjemy razem jakąś historię i że będzie to długa historia; wiedziałem, że ona również jest tego świadoma. Po kilku wstępnych pytaniach na temat tremy, sposobów przygotowania się do spektaklu etc. zamilkła. Ponownie zacząłem przeglądać magazyn.

– To nie są tak naprawdę lolity... – zauważyłem w końcu. – Mają po szesnaście, siedemnaście lat.

– Tak – przyznała – Nabokov pomylił się o pięć lat. To, co się podoba większości mężczyzn, to nie moment, który poprzedza dojrzewanie, ale ten, który bezpośrednio po nim następuje. Tak czy owak, nie jest to zbyt dobry pisarz.

Ja również nie cierpiałem tego przeciętnego i zmanierowanego pseudopoety, tego nieudolnego imitatora Joyce’a, który nie miał szczęścia posiadać rozmachu, jaki u szalonego Irlandczyka pozwala czasami przeskoczyć nad kumulacją ciężkości. Nieudane francuskie ciasto, oto co zawsze mi przywodził na myśl styl Nabokova.

 – No właśnie – podjęła – ale jeżeli książka, tak źle napisana, okaleczona ponad miarę przez pospolity błąd dotyczący wieku bohaterki, jest mimo wszystko bardzo dobrą książką, i to do tego stopnia, że stworzyła trwały mit, który przedostał się do myślenia potocznego, oznacza to, że autorowi udało się dotrzeć do sedna.

Gdybyśmy byli we wszystkim zgodni, wywiad mógłby wyjść dosyć płasko.

– Moglibyśmy kontynuować rozmowę podczas kolacji – zaproponowała. – Znam pewną tybetańską restaurację na rue des Abbesses.

Naturalnie, jak na poważną historię przystało, poszliśmy do łóżka jeszcze pierwszego wieczoru. Kiedy się rozbierała, poczuła chwilowe zawstydzenie, a potem zaraz dumę: jej ciało było nieprawdopodobnie jędrne i gibkie. Dopiero później miałem się dowiedzieć, że ma trzydzieści siedem lat; w tamtej chwili dawałem jej najwyżej trzydzieści.

 – Co robisz, żeby utrzymać formę? – spytałem.

– Taniec klasyczny.

– Żaden stretching, aerobik, nic z tych rzeczy?

– Nie, wszystko to jakieś głupstwa; możesz mi wierzyć na słowo, od dziesięciu lat pracuję w kobiecych pismach. Jedyną rzeczą, która naprawdę się sprawdza, jest taniec klasyczny. Tyle tylko, że jest trudny, wymaga prawdziwej dyscypliny; ale mi to pasuje, jestem raczej mentalnym betonem.

– Ty, betonem?

– Tak, tak...  sam się przekonasz.

Kiedy teraz myślę o Isabelle, uderza mnie nieprawdopodobna szczerość w naszych stosunkach, od pierwszych chwil, i to również w kwestiach, w których kobiety wolą zazwyczaj zachować jakąś szczyptę tajemnicy, wychodząc z błędnego przekonania, że tajemnica przydaje relacji erotyzmu, podczas gdy większość mężczyzn, wręcz przeciwnie, gwałtownie podnieca bezpośrednie zbliżenie seksualne. „Nietrudno dać rozkosz mężczyźnie – powiedziała ni stąd, ni zowąd podczas naszej pierwszej kolacji w tybetańskiej knajpie – ja w każdym razie nigdy nie miałam z tym problemu”. – Mówiła prawdę. Mówiła prawdę również, kiedy stwierdzała, że sekret ten nie kryje w sobie nic specjalnie niezwykłego ani dziwnego. „Wystarczy pamiętać – ciągnęła dalej, wzdychając – że mężczyźni mają jaja. To, że mają fiuta, kobiety wiedzą, wiedzą aż za dobrze; od czasu, kiedy mężczyźni zostali sprowadzeni do poziomu obiektu seksualnego, dostały po prostu kręćka na punkcie ich członków, ale kiedy uprawiają miłość, w dziewięciu przypadkach na dziesięć zapominają, że jaja są miejscem bardzo wrażliwym. Czy będzie to masturbacja, penetracja czy laska, trzeba od czasu do czasu położyć rękę na jajach faceta, lekko je musnąć, popieścić albo ścisnąć odrobinę mocniej, wtedy wyczuwasz, że są mniej lub bardziej twarde. To wszystko”.

Musiała być jakaś piąta rano, kiedy w niej skończyłem, i wszystko grało, wszystko naprawdę grało, wszystko było pokrzepiające i czułe, miałem przeczucie, że wchodzę w szczęśliwy okres w moim życiu, kiedy nagle zwróciłem uwagę, nie wiedzieć czemu, na wystrój jej sypialni – przypominam sobie, że w tamtej chwili światło księżyca padło na rycinę z nosorożcami, starą rycinę, w rodzaju tych, jakie można znaleźć w dziewiętnastowiecznych encyklopediach zwierząt.

– Podoba ci się u mnie?

– Tak, masz dobry gust.

– Dziwisz się, że mam dobry gust,  chociaż pracuję w gównianej gazecie?

Rzeczywiście, trudno będzie ukryć przed nią swoje myśli. To stwierdzenie, co dziwne, napełniło mnie radością; przypuszczam, że jest to oznaka prawdziwej miłości.

 – Jestem dobrze opłacana... Wiesz, czasem należy poprzestać na tym, co się ma.

– A masz ile?

– Pięćdziesiąt tysięcy euro miesięcznie.

– To dużo, owszem; ale ja zarabiam więcej.

– Jasne. Jesteś gladiatorem, stoisz pośrodku areny. To oczywiste, że jesteś dobrze opłacany: ryzykujesz własną skórą, możesz w każdej chwili upaść.

– Aha...


 
W tym punkcie nie całkiem się z nią zgadzałem; pamiętam, że odczułem kolejny przypływ radości. Dobrze jest być w idealnej zgodzie, rozumieć się we wszelkich kwestiach, na początku to nawet niezbędne; ale dobrze jest również odnajdywać minimalne rozbieżności, choćby po to, by uczynić je tematem błahej dyskusji.

– Domyślam się, że sypiałeś ze sporą liczbą dziewczyn, które przychodziły na twoje spektakle... – ciągnęła.

– Owszem, z paroma.

Nie było ich wcale tak dużo: może pięćdziesiąt, sto najwyżej; powstrzymałem się jednak od uściślenia, że noc, którą spędziliśmy, była o niebo lepsza; czułem, że ona to wie. Nie przez megalomanię czy przesadną próżność, lecz dzięki intuicji, wyczuciu ludzkich relacji; również dzięki trafnej ocenie własnej wartości erotycznej.

 – Jeżeli faceci, którzy wchodzą na scenę, pociągają seksualnie dziewczyny, to nie tylko dlatego, że są one łase na sławę; dzieje się tak, ponieważ przeczuwają one, że osobnik występujący na scenie, ryzykuje własną skórą, bo publiczność to wielkie, niebezpieczne zwierzę, które może w każdej chwili unicestwić swojego ulubieńca, przepędzić go, zmusić do ucieczki, okrywając go wstydem i obsypując kpinami. Rekompensatą, jaką mogą ofiarować facetowi, który ryzykuje własną skórą na arenie, jest ich ciało; dokładnie tak się rzeczy miały w przypadku gladiatorów czy toreadorów. Byłoby głupotą utrzymywać, że te prymitywne mechanizmy zaniknęły: znam je i wykorzystuję, tak zarabiam na życie. Mogę dokładnie oszacować siłę przyciągania erotycznego rugbisty, gwiazdy rocka, aktora teatralnego i rajdowca: wszystko to działa według utartych schematów, z niewielkimi wariacjami w zależności od mody i epoki. Dobra gazeta dla młodych dziewczyn to taka, która umie antycypować te wariacje.

Zastanawiałem się dobrą minutę; musiałem jej wyłożyć swój punkt widzenia. Czy było to istotne, czy nie – taką miałem ochotę.

– Masz całkowitą rację... – zacząłem. – Tyle tylko, że w moim przypadku niczego nie ryzykuję.

– Dlaczego? –  Usiadła na łóżku i spojrzała na mnie zaskoczona. 

– Bo nawet gdyby publiczności przyszła ochota, żeby mnie przegonić, nie mogłaby tego zrobić; nie ma nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. Jestem, dokładnie rzecz biorąc, nie do zastąpienia.

Zmarszczyła brwi, spojrzała na mnie; świtało, widziałem jej sutki poruszające się w rytmie oddechu. Miałem ochotę wziąć jeden w usta, ssać go i nie myśleć już o niczym; ale pomyślałem sobie, że lepiej będzie dać jej się zastanowić. Nie zajęło jej to więcej niż trzydzieści sekund; to była naprawdę inteligentna dziewczyna.

– To prawda – powiedziała. – Jest w tobie niesamowita szczerość. Nie wiem, czy zawdzięczasz ją jakiemuś szczególnemu wydarzeniu w twoim życiu, czy jest ona konsekwencją wychowania; ale nie ma żadnej możliwości, by ten fenomen powtórzył się w tym pokoleniu. Faktycznie ludzie potrzebują ciebie bardziej, niż ty ich potrzebujesz – ludzie w moim wieku, przynajmniej. Za kilka lat to się zmieni. Widziałeś gazetę, w której pracuję: próbujemy stworzyć ludzkość sztuczną i płochą, która nigdy już nie będzie rozumiała humoru ani prawdziwej powagi, która aż do śmierci będzie żyła w coraz rozpaczliwszej pogoni za  f u n e m  i seksem; pokolenie skończonych  d z i e c i a k ó w. Do tego oczywiście dojdziemy; i w tym świecie nie będzie już dla ciebie miejsca. Ale, jak sądzę, nie bardzo się tym przejmujesz, miałeś dosyć czasu, żeby odłożyć pieniądze.

– Sześć milionów euro. – Odpowiedziałem odruchowo, niewiele myśląc; inna kwestia dręczyła mnie od kilku minut.

– Twoja gazeta... Przecież ja w niczym nie przypominam twojej publiczności. Jestem cyniczny, zgorzkniały, mogę jedynie interesować ludzi, których choć trochę nękają wątpliwości, ludzi, którzy czują, że ich czas dobiega końca; wywiad ze mną nie wpisuje się w twoją linię programową.

– To prawda... – odpowiedziała spokojnie, ze spokojem, który z perspektywy czasu wydaje mi się zaskakujący. Wszystko w niej było przejrzyste i szczere, była absolutnie niezdolna do kłamstwa. – Nie będzie żadnego wywiadu, wymyśliłam go jako pretekst, żeby się z tobą spotkać.

Spojrzała mi prosto w oczy i wystarczyły tylko te słowa, żeby mi stanął. Chyba wzruszyła ją ta erekcja, tak ludzka, sentymentalna; położyła się obok, oparła głowę na moim ramieniu i zaczęła mnie brandzlować. Nie spieszyła się, ściskała mi jaja w pięści, zmieniając zakres i szybkość ruchów. Rozluźniłem się, całkowicie poddając się jej pieszczotom. Coś rodziło się między nami, jakiś stan niewinności, najwyraźniej przeceniałem ogrom mojego cynizmu. Mieszkała w szesnastej dzielnicy, u góry rue de Passy; w oddali metro naziemne przejeżdżało przez Sekwanę. Dzień budził się na dobre, odgłosy ulicznego ruchu były coraz bardziej donośne; sperma wytrysnęła na jej piersi. Wziąłem ją w ramiona.

 – Isabelle... – szepnąłem jej na ucho – opowiedz mi, jak trafiłaś do tej gazety.

– Było to niewiele ponad rok temu, ukazał się dopiero czternasty numer „Lolity”. Długo pracowałam w „20 Ans”, zajmowałam tam wszystkie stanowiska po kolei; byłam prawą ręką Germaine, redaktorki naczelnej. Pod koniec, tuż przed zamknięciem gazety, mianowała mnie swoim zastępcą; to i tak było mniej, niż powinnam otrzymać, od dwóch lat odwalałam za nią całą robotę. Nie przeszkadzało jej to nienawidzić mnie; pamiętam, z jakim zawistnym spojrzeniem przekazała mi zaproszenie od Lajoinie. Wiesz, kto to jest Lajoinie, mówi ci to coś?

– Coś jakby...

– Nie jest znany szerokiej publiczności. Był akcjonariuszem „20 Ans”, akcjonariuszem mniejszościowym, ale to on zadecydował o sprzedaży, wykupiła nas pewna korporacja włoska. Oczywiście Germaine została wyrzucona; Włosi byli gotowi mnie zatrzymać, ale skoro Lajoinie wysłał zaproszenie na niedzielny brunch do siebie, przypuszczałam, że ma dla mnie coś innego; Germaine to przeczuwała, rzecz jasna, i dlatego szalała z wściekłości. Mieszkał w Le Marais, tuż obok placu des Vosges. Wchodząc tam, przeżyłam mimo wszystko szok: Karl Lagerfeld, Naomi Campbell, Tom Cruise, Jade Jagger, Björk... W końcu takich ludzi nie zwykłam codziennie widywać.

– Czy to przypadkiem nie on otworzył ten magazyn dla pedałów, który tak dobrze prosperuje?

– Niezupełnie, na początku „GQ” nie było skierowane do pedałów, raczej do  m a c h o  w  t a k  z w a n y m  c u d z y s ł o w i e: gadżety, fury, trochę militarnych informacji; to prawda, że po pół roku zorientowali się, że jest duża grupa gejów pośród kupujących, ale było to zaskoczeniem, wydaje mi się, że nie udało im się dokładnie zrozumieć tego zjawiska. Tak czy owak sprzedał go niebawem, i to, co niezwykle wstrząsnęło branżą: sprzedał „GQ” w czasach jego szczytowej popularności, podczas gdy myślano, że jego sprzedaż będzie jeszcze rosła, i wypromował wówczas „21”. Od tego czasu „GQ” zaczęło podupadać, wydaje mi się, że stracili czterdzieści procent nakładu, a „21” wysunęło się na czołówkę miesięczników dla mężczyzn, wyprzedzając „Le Chasseur français”. Ich recepta jest bardzo prosta: stricte metroseksualna. Jak utrzymać formę, dbać o urodę, najnowsze tendencje. Ani ździebka kultury, ani grama aktualności czy krztyny poczucia humoru. Krótko mówiąc, zastanawiałam się, co też mi może zaproponować. Przyjmuje mnie bardzo uprzejmie, przedstawia wszystkim, prosi, żebym usiadła naprzeciwko. „Mam dużo szacunku dla Germaine”, zaczyna. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie podskoczyć:  n i k t  nie mógł mieć szacunku dla Germaine; ta stara alkoholiczka mogła budzić pogardę, współczucie, obrzydzenie, wiele rzeczy, ale w żadnym wypadku szacunek. Dopiero później zorientowałam się, że była to jego metoda zarządzania personelem: nie mówił źle o nikim, nigdy, pod żadnym warunkiem; wręcz przeciwnie, zawsze zasypywał wszystkich pochwałami, jakkolwiek by na to zasługiwali – oczywiście nie powstrzymując się od wyrzucenia ich z pracy, kiedy przychodził odpowiedni moment. Byłam mimo wszystko trochę zażenowana i próbowałam zmienić temat rozmowy na „21”.

„Mu-si-my – dziwnie rozdzielał sylaby, jakby mówił w obcym języku – moi koledzy, to moje wra-że-nie, są zbyt za-ab-sor-bo-wani prasą a-me-ry-kańską. Jesteśmy Eu-ro-pej-czykami. Dla nas od-nie-sie-niem jest to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii...”.

– Faktycznie „21”  było skopiowane z odpowiednika angielskiego, ale „GQ” również; to nie tłumaczyło, dlaczego postanowił zostawić jedno dla drugiego. Czy zrobiono w Anglii jakieś badania na temat przesunięcia się publiczności?

„Nie, z tego, co wiem... Jest pani bardzo ładna... – ciągnął bez widocznego związku. – Mogłaby pani być bardziej me-dial-na...”.

– Siedziałam tuż obok Karla Lagerfelda, który wcinał bez przerwy: palcami serwował sobie łososia, maczał kawałki w śmietanowo-koperkowym sosie, zmiatał wszystko jak leci. Tom Cruise rzucał mu od czasu do czasu pełne obrzydzenia spojrzenie; Björk z kolei wydawała się absolutnie zafascynowana. Trzeba powiedzieć, że zawsze usiłowała zbić  majątek na narodowych sagach i islandzkiej energii, podczas gdy faktycznie była skrajnie konwencjonalna i zmanierowana: znalezienie się w pobliżu autentycznego dzikusa mogło ją jedynie zaciekawić. Nagle zdałam sobie sprawę, że wystarczyłoby projektantowi zdjąć koszulę z żabotem, krawat, smoking z satynową podszewką i okryć go zwierzęcymi skórami: byłby idealny w roli rdzennego Teutona. Złapał gorący ziemniak, pokrył go suto kawiorem i zwrócił się do mnie: „Trzeba być medialnym, chociaż trochę. Ja na przykład, jestem  b a r d z o  medialny. Jestem wielkim medialnym ziemniakiem...”. Wydaje mi się, że właśnie skończył stosować swoją drugą dietę, tak czy owak  napisał już książkę o pierwszej.

Ktoś włączył muzykę, nastąpiło lekkie ożywienie, Naomi Campbell zaczęła chyba tańczyć. Uparcie wpatrywałam się w Lajoinie, czekając na jego propozycję. Ponieważ milczał, wszczęłam pogawędkę z Jade Jagger, mówiłyśmy chyba o Formenterze albo czymś równie głupim, ale wywarła na mnie dobre wrażenie, to była inteligentna dziewczyna i niezmanierowana; Lajoinie miał oczy półprzymknięte, wydawało mi się, że drzemie, ale teraz sądzę, że obserwował, czy potrafię nawiązywać kontakty z ludźmi – to również stanowiło część jego metody zarządzania personelem. W pewnym momencie zamruczał coś, ale nie usłyszałam, muzyka była za głośna; potem rzucił zirytowane spojrzenie w lewo: w rogu sali Karl Lagerfeld zaczął chodzić na rękach; Björk patrzyła na niego, zanosząc się gromkim śmiechem.


 
Projektant ponownie usiadł, klepnął mnie mocno po plecach i wrzasnął: „Jak tam?  W porządku?”, po czym zdążył wsunąć trzy węgorze, jednego po drugim. „To pani jest tutaj najpiękniejszą kobietą! Bije pani wszystkie!...”, i chwycił za talerz z serami; wydaje mi się, że naprawdę mnie polubił. Lajoinie z niedowierzaniem patrzył, jak pochłania livarota. „Naprawdę burak z ciebie, Karl....” – westchnął, po czym odwrócił się w moją stronę i powiedział: – Pięćdziesiąt tysięcy euro”. I to wszystko; to wszystko, co powiedział tamtego dnia.

Nazajutrz wpadłam do jego biura i dowiedziałam się trochę więcej. Magazyn miał się nazywać „Lolita”. „Kwestia przesunięcia wieku”, powiedział. Zrozumiałam mniej więcej, o co mu chodzi: „20 Ans”, na przykład, było przede wszystkim kupowane przez dziewczyny piętnasto-, szesnastoletnie, które chciały się wydawać wyzwolone, zwłaszcza w sferze seksu; z „Lolitą” chciał wprowadzić odwrotne przesunięcie. „Nasz target zaczyna się od dziesięciu lat, ale nie ma górnej granicy wieku”. Jego założenie było takie, że matki coraz częściej usiłują naśladować córki. Z pewnością jest coś śmiesznego w kupowaniu przez trzydziestoletnią kobietę magazynu pod tytułem „Lolita”, ale nie bardziej niż w kupowaniu obcisłego topu czy krótkich szortów. Założył, że poczucie śmieszności, które było tak żywe u kobiet, szczególnie u francuskich kobiet, powoli będzie zanikać na rzecz czystej fascynacji nieograniczoną młodością.
Trzeba powiedzieć, że wygrał zakład z nadwyżką. Średni wiek naszych czytelniczek wynosi dwadzieścia osiem lat – i wzrasta każdego miesiąca. Według speców od reklamy powoli stajemy się gazetą kształtującą  w z o r z e c  k o b i e c o ś c i – powtarzam ci, co mi powiedziano, ale sama z trudem w to wierzę. Steruję, staram się tym sterować, a raczej udaję, że steruję, ale w gruncie rzeczy przestałam cokolwiek rozumieć. Jestem profesjonalistką, to prawda, powiedziałam ci, że jestem mentalnym betonem, może to z tego wynika: w gazecie nie zdarzają się literówki, zdjęcia są dobrze skadrowane, numery wychodzą na czas; ale treść... Oczywiste, że ludzie boją się starości, zwłaszcza kobiety, zawsze tak było, ale tutaj... To przekracza ludzkie pojęcie; wydaje mi się, że kobiety kompletnie zwariowały.
 
  
DANIEL 24,2

Dziś, kiedy wszystko jawi się w przejrzystości pustki, mogę swobodnie spoglądać na śnieg. Mój odległy poprzednik, nieszczęsny komik, postanowił żyć tutaj, w rezydencji, która wznosiła się niegdyś – potwierdzają to zdjęcia i wykopaliska –  w miejscu jednostki Proyecciones XXI,13. Była to – co stwierdzam z zadziwieniem, lecz również z odrobiną smutku – posiadłość nadmorska.

Morze zniknęło, a z nim wspomnienie po falach. Dysponujemy dokumentacją dźwiękową i wizualną, ale żadna z nich nie pozwala nam prawdziwie odczuć tej upartej fascynacji, która przepełniała ludzi – co potwierdza tyle wierszy – powtarzalnym, jak się zdaje, widokiem oceanu rozbijającego się o piasek.

Nie możemy również zrozumieć ekscytacji związanej z polowaniem i pogonią za ofiarami; ani emocji religijnych, ani tej niewzruszonej namiętności, którą człowiek określał mianem  m e t a f i z y c z n e j  e k s t a z y.

Wcześniej, kiedy ludzie żyli razem, dawali sobie wzajemne zadowolenie przez fizyczne kontakty; to rozumiemy, gdyż otrzymaliśmy przesłanie Najwyższej Siostry. Oto przesłanie Najwyższej Siostry według formuły pośredniej:

„Uznać, że ludzie nie mają ani godności, ani praw; że zło i dobro są prostymi pojęciami, słabo steoretyzowanymi odpowiednikami cierpienia i przyjemności.

We wszystkim traktować ludzi jak zwierzęta zasługujące na zrozumienie i litość przez wzgląd na ich duszę i ciała.

Wytrwać na tej wzniosłej drodze ku doskonałości”.

Zawracając z drogi przyjemności, ale nie umiejąc niczym jej zastąpić, przedłużyliśmy jedynie istnienie ludzkiej natury z jej spóźnionymi zapędami. Kiedy ostatecznie zakazano prostytucji i zakaz ten został skutecznie wprowadzony na całej planecie, ludzie wkroczyli w  w i e k  s z a r o ś c i. Nie mieli już nigdy z niego wyjść, aż skończyło się panowanie gatunku. Nie opracowano żadnej do końca przekonującej teorii, która wyjaśniałaby to, co wygląda na zbiorowe samobójstwo.

Na rynku pojawiły się automatyczne androidy wyposażone w sztuczne wielofunkcyjne waginy. Specjalny system analizował w czasie rzeczywistym ułożenie męskich organów płciowych, oznaczał temperaturę i ciśnienie; czujnik radiometryczny pozwalał przewidzieć, kiedy nastąpi ejakulacja, a w konsekwencji modyfikować stymulację i podtrzymywać trwanie stosunku tak długo, jak było to konieczne. Odniosło to pewien sukces jako ciekawostka, potem sprzedaż natychmiast spadła: zajmujące się produkcją robotów spółki, które często inwestowały nawet po kilkaset milionów euro, jedna po drugiej ogłaszały upadłość. Wydarzenie bywało komentowane jako chęć powrotu do natury i prawdy relacji międzyludzkich; oczywiście, nic bardziej błędnego, co udowodnił niezbicie dalszy bieg wypadków: prawda jest taka, że ludzie ustępowali z pola.

  
DANIEL 1,3

Automat wydał nam przepyszną, gorącą czekoladę.
Wypiliśmy ją duszkiem z niekłamaną  przyjemnością
.

Patrick Lefebvre – sanitariusz dla zwierząt
  

Spektakl Wolimy palestyńskie dziwki z pewnością był szczytem mojej kariery – medialnie, ma się rozumieć. Przelatywałem w dziennikach szpalty „Widowiska”, żeby jak najszybciej wejść na strony „Prawo i Społeczeństwo”. Skargi ze strony towarzystw islamskich, groźby zamachów bombowych, wreszcie coś się działo. Podjąłem ryzyko, to prawda, jednak ryzyko dobrze obliczone; integryści islamscy, którzy pojawili się na początku roku dwutysięcznego, przeszli mniej więcej tę samą drogę co punki. Najpierw zostali zepchnięci na margines przez uprzejmych, grzecznych i bogobojnych muzułmanów, wywodzących się z ruchu tabligh, który doprowadzając porównanie do końca był swego rodzaju ekwiwalentem new wave, dziewczyny nosiły jeszcze wtedy chusty, jednak ładne, ozdobne, z koronkami i prześwitami, stanowiące raczej erotyczny dodatek niż cokolwiek innego. Potem, oczywiście, z biegiem czasu zjawisko stopniowo zaczęło zanikać: wybudowane za wielkie pieniądze meczety powoli się wyludniły, a młode Arabki z powrotem pojawiły się na rynku seksualnym, podobnie jak wszyscy. Było to zresztą do przewidzenia, biorąc pod uwagę społeczeństwo, w którym żyjemy, nie mogło być inaczej; co nie zmienia faktu, że przez jeden czy dwa sezony znalazłem się w skórze  o b r o ń c y  w o l n e j  e k s p r e s j i.  Jeżeli chodzi o wolność, osobiście byłem  r a c z e j  p r z e c i w; skądinąd to dosyć zabawne, że na ogół przeciwnicy wolności w pewnej chwili najbardziej jej potrzebują.

Isabelle była przy mnie i doradzała mi z wyczuciem.

– Trzeba – powiedziała od razu – żebyś miał po swojej stronie hołotę. Jeżeli hołota cię poprze, będziesz niezatapialny.

– Ależ oni  s ą  po mojej stronie – zaprotestowałem – przychodzą na moje spektakle.

– To nie wystarczy; trzeba, żebyś dorzucił do tego jeszcze jedną grupę. Która szanuje przede wszystkim kasę. Masz kasę, ale się z nią nie obnosisz. Powinieneś trochę poszpanować.

Za jej radą kupiłem więc bentleya Continental GT, dwudrzwiowego, „wyrafinowanego i rasowego”, który według „L’Auto-Journal” „symbolizował powrót bentleya do jego pierwotnego powołania: produkcji luksusowych aut sportowych”. Miesiąc później znalazłem się na okładce „Radikal Hip-Hop” – a właściwie mój samochód. Większość raperów kupowała ferrari, kilka oryginałów porsche; ale bentley? To ich całkowicie zbiło z tropu. Żadnej kultury u tych dupków, nawet samochodowej. Taki Keith Richards na przykład miał bentleya, jak wszyscy poważni muzycy. Mogłem kupić astona martina, ale był droższy, i w końcu bentley był lepszy, miał dłuższą maskę i można było w nim zmieścić bez problemu trzy pindy. Za sto sześćdziesiąt tysięcy euro ubiłem w gruncie rzeczy niezły interes; w każdym razie, jeżeli chodzi o moją wiarygodność u hołoty, zrobiłem, jak sądzę, dobrą inwestycję.

Ten spektakl wyznaczył również początek mojej krótkiej, lecz lukratywnej kariery kinematograficznej. Do widowiska wprowadziłem krótkometrażowy film, mój początkowy projekt zatytułowany Spuśćmy na palestynę minispódnice miał już ten ton antyislamskiej burleski, który później przysporzył mi tyle sławy; ale za radą Isabelle wpadłem na pomysł, by wprowadzić kilka tropów antysemickich, by zrównoważyć antyarabską wymowę spektaklu; to było rozsądne wyjście. Zdecydowałem się więc na film porno, a w zasadzie parodię filmu porno – gatunek, to prawda, łatwy do sparodiowania pod tytułem Wyczyść mi strefę Gazy. Aktorki były córkami arabskich imigrantów; plenery kręciliśmy w parku rozrywki, w Ermenonville. To była komedia – komedia dosyć pikantna, z pewnością. Ludzie się śmiali; większość ludzi. Podczas wspólnego wywiadu Jamel Debbouze, powiedział o mnie, że jestem „super cool facetem”; właściwie, nie mogło być lepiej. Prawdę mówiąc, Jamel zwierzył mi się za kulisami tuż przed emisją: „Nie będę cię podpuszczać, stary. Mamy tę samą publiczność”. Fogiel, który zorganizował spotkanie, szybko zdał sobie sprawę z naszej zażyłości i zaczął mieć cykora; muszę przyznać, że od dawna miałem ochotę natrzeć uszu temu gówniarzowi. Ale powstrzymałem się, czułem się świetnie, w końcu byłem super cool.

Producenci spektaklu poprosili mnie, żebym wyciął jeden fragment z krótkiego metrażu, fragment, w rzeczy samej niezbyt śmieszny; kręciliśmy go we Franconville w budynku, który był przeznaczony do rozbiórki, ale rzecz niby miała się odbywać we wschodniej Jerozolimie. Chodziło o dialog między terrorystą Hamasu a niemiecką turystką, który już to przybierał formę pascalowskiej medytacji nad fundamentem ludzkiej tożsamości, już to rozważań ekonomicznych – w rodzaju Schumpetera. Terrorysta palestyński zaczynał od stwierdzenia, że na płaszczyźnie metafizycznej wartość zakładnika jest żadna – gdyż chodzi o niewiernego; nie jest jednak negatywna, jak byłoby na przykład w przypadku Żyda; jego zagłada nie jest więc pożądana, lecz po prostu obojętna. Na płaszczyźnie ekonomicznej natomiast wartość zakładnika jest znaczna – ponieważ należy do bogatego narodu, o którym wiadomo, że solidarnie staje w obronie swoich rodaków. Po tym wstępie terrorysta palestyński przystępował do serii doświadczeń. Najpierw wyrwał jeden ząb zakładnikowi – gołymi rękoma – stwierdziwszy uprzednio, że jego wartość negocjacyjna się nie zmieni.


 
Następnie dokonał podobnej operacji na paznokciu – pomagając sobie tym razem obcęgami. W tym momencie pojawił się drugi terrorysta i między dwoma Palestyńczykami odbyła się krótka dyskusja o, by tak rzec, darwinowskich przesłankach. W efekcie wyrwali jądra zakładnikowi, nie zapominając o porządnym opatrzeniu ran, by uniknąć przedwczesnego zgonu. Zgodnie wyciągnęli wniosek, że wartość biologiczna zakładnika jako jedyna ulega zmianie w efekcie operacji; jego wartość metafizyczna jest żadna, a jego wartość zbytu bardzo wysoka. Krótko mówiąc, stawało się to coraz bardziej pascalowskie – a wizualnie coraz bardziej nie do zniesienia; byłem zresztą zaskoczony, jak mało kosztowne są efekty wykorzystywane w filmach gore.

Pełna wersja mojego krótkiego metrażu została pokazana kilka miesięcy później w ramach Festiwalu Dziwności i wtedy właśnie zaczęły napływać kolejne propozycje filmowe. Co ciekawe, ponownie skontaktowano mnie z Jamelem Debbouze’em, który chciał wyjść ze swoich komediowych ról i zagrać bad boya, kogoś naprawdę podłego. Jego agent szybko dał mu do zrozumienia, że byłoby to błędem, i w rezultacie do niczego nie doszło, ale historyjka wydała mi się godna zapamiętania.

Żeby lepiej zrozumieć cały kontekst, trzeba pamiętać, że w tych latach – ostatnich latach niezależności finansowej kina francuskiego – jedyne filmy produkcji francuskiej, które odniosły wyraźny sukces i mogły jeżeli nie rywalizować z produkcją amerykańską, to przynajmniej starać się o pokrycie własnych kosztów, należały do gatunku  k o m e d i i – subtelnej bądź wulgarnej: obie funkcjonowały nieźle. Z drugiej strony artystyczne uznanie – które dawało dostęp do ostatnich pieniędzy z budżetu państwa i zasługiwało na przychylne recenzje w popularnych mediach – zdobywały w kinie, podobnie jak w innych sferach kultury, produkcje będące apologią zła, a przynajmniej te, które poważnie podawały w wątpliwość wartości moralne określane przez językową konwencję jako „tradycyjne”, gdyż propagowały swego rodzaju zinstytucjonalizowaną anarchię, utrwaloną w minipantomimach, których powtarzalny charakter nie osłabiał w niczym, zdaniem krytyków, ich uroku, tym bardziej że ułatwiało im to pisanie klasycznych i oczywistych recenzji, uchodzących jednakże za nowatorskie. Uśmiercenie moralności stało się swego rodzaju rytualną ofiarą, która uświęcała wartości dominujące w grupie – od kilku dziesięcioleci skoncentrowane na rywalizacji, innowacyjności i raczej na sile niż na wierności i obowiązku. Jeżeli płynność zachowań wynikająca z wysoko rozwiniętej ekonomii była nie do pogodzenia z normatywnym katalogiem dopuszczalnych obyczajów, to wpasowywała się ona doskonale w nieustające zachłystywanie się wolną wolą i  w ł a s n y m  e g o.

Każda forma okrucieństwa, cynicznego egoizmu czy przemocy była więc mile widziana – niektóre tematy, jak ojcobójstwo czy kanibalizm, przynosiły nawet trochę  w i ę c e j. Fakt, że komik, i to znany komik, może swobodnie przenieść się w regiony zła i okrucieństwa, musiało być zatem dla branży elektrowstrząsem. Mój agent to, co spokojnie można określić jako  s z t u r m  – nie minęły dwa miesiące, a ja dostałem czterdzieści propozycji różnych scenariuszy – przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Z pewnością zarobiłbym dużo pieniędzy, powiedział, a tym samym on również; ale jeżeli chodzi o renomę, dużo stracę. Scenarzysta może sobie być niezbędnym elementem w tworzeniu filmu, ale pozostaje absolutnie nieznany szerokiej publiczności; a pisanie scenariuszy to, bądź co bądź, ciężka praca, która może mi zawadzać w karierze showmana.

Jeżeli miał rację w pierwszym punkcie – moje uczestnictwo jako scenarzysty, współscenarzysty czy zwykłego konsultanta przy powstawaniu około trzydziestu filmów nie powiększyło ani na jotę mojej sławy – poważnie przesadził w drugim. Realizatorzy filmów – szybko zdałem sobie z tego sprawę – nie reprezentują zbyt wysokiego poziomu: wystarczy im podsunąć jakiś pomysł, sytuację, fragment historii, cokolwiek, czego by nie potrafili sami wymyślić; dorzuca się do tego kilka dialogów, trzy czy cztery przekleństwa – byłem w stanie wyprodukować około czterdziestu stron scenariusza dziennie – przedstawia im się produkt, a oni są zachwyceni. Następnie bez przerwy zmieniają zdanie na każdy temat: swój, produkcji, aktorów, kogokolwiek. Wystarczy pójść na zebranie, powiedzieć im, że mają całkowitą rację, napisać wszystko od nowa, zgodnie z ich instrukcjami, i wszystko jest rozegrane; nigdy nie zarabiałem łatwiejszych pieniędzy.

Moim największym sukcesem jako głównego scenarzysty, był z całą pewnością Diogenes Cynik; w przeciwieństwie do tego, co sugerował tytuł, nie był to film kostiumowy. Cynicy – jest to element ich doktryny na ogół zapominany – zalecali dzieciom zabijać i jeść własnych rodziców, w chwili gdy ci, niezdolni już do pracy, stawali się jedynie gębami do wykarmienia; współczesna adaptacja mająca przedstawić problemy stwarzane przez czwarty wiek nie była trudna do wymyślenia. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, żeby zaproponować główną rolę Michelowi Onfrayowi, który rzecz jasna podszedł do sprawy z entuzjazmem; ale ten nędzny grafoman, swobodnie czujący się przed prezenterami telewizyjnymi albo mniej lub bardziej głupimi studentami, dostał takiego pietra przed kamerą, że niemożliwością było cokolwiek z niego wyciągnąć. Produkcja słusznie wróciła do rozwiązań bardziej sprawdzonych i jak zawsze w roli głównej obsadzono Jean-Pierre’a Marielle’a.

Mniej więcej w tym samym czasie kupiłem skromną posiadłość w Andaluzji, na północ od Almerii, w regionie wówczas zupełnie dzikim, zwanym parkiem naturalnym Cabo de Gata. Architekt zrobił projekt z niezwykłym rozmachem, z palmami, pomarańczami, jacuzzi, wodospadami – co, biorąc pod uwagę warunki klimatyczne (był to najbardziej suchy region Europy), mogło wydawać się lekkim szaleństwem. Nie miałem o tym pojęcia, ale region ten jako jedyny na hiszpańskim wybrzeżu został jeszcze oszczędzony przez turystykę; pięć lat później ceny ziemi wzrosły trzykrotnie. Krótko mówiąc, w tamtych latach byłem trochę jak król Midas.

To wtedy postanowiłem poślubić Isabelle; znaliśmy się od trzech lat, co umieszczało nas dokładnie w średniej przedmałżeńskiego pożycia. Ceremonia była cicha, trochę smutna, Isabelle właśnie skończyła czterdzieści lat. Dziś wydaje mi się oczywiste, że te dwa wydarzenia są ze sobą powiązane, chciałem przez ten dowód uczucia choć trochę zminimalizować szok czterdziestki. Nie, żeby objawiała go przez skargi, jakiś widoczny lęk, cokolwiek dającego się jasno określić; to było bardziej ulotne i zarazem bardziej przejmujące. Czasami – zwłaszcza w Hiszpanii, kiedy szykowaliśmy się na plażę i wkładała kostium – w chwili, gdy spoczęło na niej moje spojrzenie, czułem, jak osuwa się lekko, jakby dostała cios między łopatki. Grymas cierpienia, szybko powściągany, deformował wspaniałe rysy – piękno jej delikatnej, zmysłowej twarzy było z tego gatunku, który opiera się czasowi; ale ciało, pomimo pływania, pomimo tańca klasycznego, zaczynało ulegać pierwszym zniszczeniom niesionym przez czas, zniszczeniom, które, wiedziała to aż za dobrze, zaczną się rozszerzać, aż doprowadzą do zupełnego rozpadu. Nie wiedziałem, co działo się w takich chwilach z moją twarzą, przysparzając Isabelle tyle cierpienia; dałbym dużo, żeby tego uniknąć, gdyż powtarzam, kochałem ją; ale najwyraźniej nie było to możliwe. Nie potrafiłem nadal jej mówić, że jest tak samo pociągająca i piękna, nie byłem zdolny, jakkolwiek niewiele to wymagało, by ją okłamywać. Znałem na pamięć spojrzenie, którym mi wtedy odpowiadała: upokorzone i smutne spojrzenie chorego zwierzęcia, które oddala się od sfory, opiera głowę na łapach i cicho wzdycha, ponieważ wie, że jest dotknięte chorobą i nie może oczekiwać od swoich braci litości.
  
 
DANIEL 24,3

Falezy wznoszą się nad morzem w absurdalnym pionie; cierpieniu ludzi nigdy nie będzie końca. Na pierwszym planie widzę skały, ostre i czarne. Nieco dalej, niewyraźnie spikselizowana na powierzchni ekranu, błotnista i zamazana powierzchnia, którą nadal nazywamy  m o r z e m, niegdyś zaś była Morzem Śródziemnym. Jakieś istoty wysuwają się na pierwszy plan, idąc grzbietem falezy, jak czynili to ich przodkowie wiele stuleci wcześniej; są mniej liczni i bardziej brudni. Zaciekle usiłują połączyć się w grupy, formują sfory i hordy. Przód ich ciał składa się z powierzchni czerwonego mięsa, gołego, obdartego ze skóry, zżeranego przez robaki. Trzęsą się z bólu przy najmniejszym podmuchu wiatru, niosącego grudy ziemi i piasek. Czasami rzucają się jedni na drugich, walczą, zadają sobie rany pięścią lub słowem. Po kolei odłączają się od grupy, zwalniają kroku, padają na plecy. Ich gibkie i białe grzbiety wytrzymują kontakt ze skałami; przypominają wówczas odwrócone żółwie. Insekty i ptaki siadają na połaciach gołego mięsa, ofiarowujących się niebu, rozdziobują je i pożerają; stworzenia cierpią jeszcze przez chwilę, po czym nieruchomieją. Inni, kilka kroków dalej, kontynuują swoją walkę i przebiegłe sztuczki. Podchodzą od czasu do czasu, by przyjrzeć się agonii towarzyszy; ich spojrzenie wyraża jedynie pustą ciekawość.

Zamykam program kontrolny; obraz znika, pochłania go laguna narzędzi. Jest nowa wiadomość od Marie22:


Kolejne znieruchomienie
Powieki co się zamyka
Porozbijane  przestrzenie
Ostatnia chwila umyka.

247, 214327, 4166, 8275. Nastaje światłość, rośnie, unosi się; przepadam w świetlnym tunelu. Rozumiem, co czuli mężczyźni, gdy penetrowali kobietę. Rozumiem kobietę.
 
 
DANIEL 1,4

Ponieważ jesteśmy ludźmi, nie wypada wyśmiewać się
z ludzkiego nieszczęścia, trzeba je opłakiwać
.

Demokryt z Abdery
 

Isabelle słabła. Rzecz jasna, dla kobiety, której ciało zostało naruszone przez czas, praca dla takiego magazynu jak „Lolita”, gdzie każdego miesiąca lądowały nowe laski, wciąż młodsze, wciąż bardziej sexy i aroganckie, nie była łatwa. To ja, o ile sobie przypominam, podjąłem temat jako pierwszy. Szliśmy brzegiem wzgórz Carboneras, których ciemne zbocza tonęły w lśniącym błękicie morza. Nie szukała wymówek ani wykrętów: to prawda, to prawda, w jej pracy należało podsycać atmosferę konfliktu, narcystycznej rywalizacji, do czego z każdym dniem czuła się coraz bardziej niezdolna. Życie poniża, zauważył Henri de Régnier; życie przede wszystkim zużywa, z pewnością istnieje u niektórych jakieś niedewaluujące się jądro, jądro istnienia; ale czym jest to rezyduum wobec ogólnego zużywania się ciała?


 
– Będę musiała wynegocjować warunki odprawy... – powiedziała. – Nie wiem, jak się na to zdobędę. Trzeba przyznać, że magazyn coraz lepiej funkcjonuje; nie wiem, jaki podać pretekst dla swojego odejścia.

– Umów się na spotkanie z Lajoinie i mu wytłumacz. Powiedz po prostu to, co mi powiedziałaś. Jest już stary, więc myślę, że zrozumie. Oczywiście, jest to człowiek kochający pieniądze i władzę, a to są pasje, które wygasają powoli; jednak z tego wszystkiego, co o nim wiem, myślę, że potrafi pojąć, czym jest wypalenie.

Postąpiła tak, jak jej zasugerowałem i w pełni przyjęto jej warunki; koniec końców magazyn zawdzięczał jej praktycznie wszystko. Jeżeli chodzi o mnie, nie mogłem jeszcze zakończyć kariery – w każdym razie niezupełnie. Mój ostatni spektakl o dziwnym tytule Do przodu, milou! Ruszaj do adenu! nosił podtytuł „100% nienawiści” – napis szedł w poprzek afisza i był nakreślony charakterem pisma à la Eminem; nie była to w żadnym wypadku hiperbola. Już na wstępie poruszałem problem konfliktu na Bliskim Wschodzie – któremu zawdzięczałem parę ładnych sukcesów medialnych – w sposób, jak zauważył pewien dziennikarz „Le Monde”, „silnie oczyszczający”. Pierwszy skecz, zatytułowany Walka liliputów, wprowadzał na scenę Arabów – obwołanych mianem „robali Allaha”, Żydów – zwanych „obrzezanymi gnidami”, a także libańskich chrześcijan, obdarzonych zabawnym przydomkiem „wszy łonowych Maryi”. Krótko mówiąc, jak odnotował krytyk „le Point”, religie Księgi zostały „rozłożone na łopatki” – w każdym razie w tym skeczu, w dalszej części spektaklu, w pociesznej komedyjce zatytułowanej Palestyńczycy są śmieszni, przemycałem różne groteskowe i lubieżne aluzje do pocisków z dynamitem, jakie bojownicy Hamasu wieszali sobie wokół talii, by zrobić z Żyda pasztet.

Następnie moja wypowiedź przechodziła w zmasowany atak przeciwko wszelkim formom buntu, od walk nacjonalistycznych po rewolucyjne, czyli przeciwko działaniom politycznym jako takim. Rozwijałem oczywiście przez cały show wątek  p r a w i c o w e g o  a n a r c h i s t y  w stylu „jeden bojownik wykluczony z walki, to o jednego dupka mniej do bicia”, jaki od Céline’a po Audiarda przyczynił się do wielkości komizmu francuskiego; a ponadto reaktualizując nauczanie świętego Pawła, według którego wszelka władza pochodzi od Boga, wznosiłem się czasami na wyżyny posępnej medytacji, odwołującej się do chrześcijańskiej apologetyki. Robiłem to, rzecz jasna, oczyszczając ją z wszelkich pojęć teologicznych, żeby rozwinąć strukturę argumentów, niemalże matematycznych ze swej istoty, które opierały się przede wszystkim na pojęciu „właściwego porządku”. W gruncie rzeczy spektakl był klasyczny i od razu został przyjęty jako taki; z całą pewnością stanowił mój największy sukces u krytyków. Nigdy, według powszechnej opinii, mój komizm nie wzniósł się tak wysoko – czy nigdy nie upadł tak nisko, była i taka wersja, która w zasadzie mówiła to samo, często byłem porównywany do Chamforta, a nawet La Rochefoucauld.

Jeżeli chodzi o sukces u publiczności, start był nieco bardziej powolny, aż Bernard Kouchner oświadczył, że spektakl jego „osobiście zemdlił”, co spowodowało, że bilety rozeszły się na pniu.  Za radą Isabelle pozwoliłem sobie na krótką „Replikę” na łamach „Libération”, którą zatytułowałem Dziękuję, Bernardzie. Krótko mówiąc, szło nieźle, szło naprawdę nieźle, co wprawiało mnie w stan o tyle dziwny, że miałem wszystkiego naprawdę dosyć i byłem bliski rzucenia całego interesu – gdyby sprawy szły źle, sądzę, że dałbym dyla, nie prosząc o zapłatę. Moja słabość do kinowych środków przekazu – a więc środków martwych, w przeciwieństwie do tego, co pompatycznie nazywano w tamtym czasie  s p e k t a k l e m  n a  ż y w o – była z pewnością pierwszą oznaką mojego znudzenia, a nawet obrzydzenia publicznością i prawdopodobnie ludzkością w ogóle. Pracowałem więc nad moimi skeczami małą wideokamerą, ustawioną na trójnogu i podłączoną do monitora, na którym mogłem sprawdzać moje wypowiedzi, miny, gesty w czasie rzeczywistym. Zawsze wyznawałem prostą zasadę: jeżeli wybuchałem śmiechem w jakimś momencie, to tylko w takim, który miał duże szanse rozśmieszyć całą salę.

Pomału, przeglądając kasety, doszedłem do wniosku, że cierpię na coraz bardziej wzmagającą się dolegliwość, czasami doprowadzającą mnie wręcz do mdłości. Dwa tygodnie przed premierą powód tego niedomagania objawił mi się jasno: to, co stawało się dla mnie coraz bardziej nie do zniesienia, to nawet nie moja twarz, nie powtarzalny i przewidywalny charakter standardowych min, do których byłem zmuszony się uciekać: to, czego nie mogłem dłużej ścierpieć, to  ś m i e c h, śmiech jako taki, owa nagła i gwałtowna deformacja rysów, która wykrzywia ludzką twarz, w jednej chwili ogałacając ją z wszelkiej godności. Jeżeli człowiek się śmieje, jeżeli jako jedyny spośród całego królestwa zwierząt afiszuje się z tą potworną twarzową deformacją, to również dlatego, że jako jedyny, przekraczając egoizm zwierzęcej natury, osiąga przeraźliwe i najwyższe stadium  o k r u c i e ń s t w a.

Trzy tygodnie przedstawień były istną drogą przez mękę: po raz pierwszy naprawdę doznałem tego osławionego, dojmującego  s m u t k u  k o m i k ó w; po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem ludzkość. Zdemontowałem mechanizmy maszyny i mogłem je wprawić w ruch w dowolnym momencie. Każdego wieczoru przed wejściem na scenę połykałem cały listek xanaksu. Za każdym razem, kiedy publiczność się śmiała (a mogłem to przewidzieć zawczasu, umiałem dozować efekty, byłem uznanym profesjonalistą), musiałem odwracać wzrok, by nie widzieć tych  g ę b, tej setki gęb, poruszanych dreszczem i wstrząsanych nienawiścią.
 
 
DANIEL 24,4

Ten fragment opowieści Daniela1 jest dla nas z pewnością jednym z najtrudniejszych do zrozumienia. Wideokasety, o których wspomina, zostały skopiowane i dołączone do jego opowieści życia. Zdarzyło mi się przeglądać jego dokumenty. Wywodząc się genetycznie od Daniela1, mam oczywiście te same rysy, tę samą twarz; nawet większość naszych min jest podobna (aczkolwiek moje, ponieważ żyję w środowisku niespołecznym, są w sposób naturalny nieco bardziej ograniczone), jednak ów nagły, pełen ekspresji grymas, z towarzyszącym mu charakterystycznym rżeniem, który nazywał  ś m i e c h e m, jest dla mnie niemożliwy do imitacji; nie sposób nawet, bym sobie wyobraził jego mechanizm.
Notatki moich poprzedników, od Daniela2 począwszy, a skończywszy na Danielu23, dają, ogólnie rzecz biorąc, świadectwo tego samego niezrozumienia. Daniel2 i Daniel3 są jeszcze zdolni odtworzyć zjawisko pod wpływem niektórych likierów, ale dla Daniela4 jest to już rzeczywistość nieosiągalna. Opublikowano wiele prac na temat zaniku śmiechu u neoludzi; wszyscy zgadzają się co do jednego: był on raptowny.

Analogiczną ewolucję, chociaż bardziej powolną, zaobserwowano w przypadku  ł e z, innej charakterystycznej cechy rodzaju ludzkiego. Daniel9 sygnalizuje, że płakał przy ściśle określonej okazji (nagłej śmierci swojego psa Foksa, porażonego prądem przez barierę ochronną); począwszy od Daniela10 nie znajdujemy już o tym wzmianki. Tak jak śmiech jest słusznie oceniany przez Daniela1 jako przejaw ludzkiego okrucieństwa, tak łzy u tego gatunku wydają się wiązać ze współczuciem. Nigdy nie płaczemy wyłącznie nad sobą, zapisał gdzieś anonimowy ludzki pisarz. Te dwa uczucia, okrucieństwo i współczucie, nie mają oczywiście większego sensu w warunkach absolutnej samotności, w jakich przebiega nasze życie. Niektórzy z moich poprzedników, na przykład Daniel13, ujawniają w swoich komentarzach osobliwą nostalgię za tą podwójną stratą; później ta nostalgia zanika, by ustąpić miejsca ciekawości coraz bardziej sporadycznej; i dziś możemy ją uznać, co potwierdzają wszystkie moje kontakty w sieci, za praktycznie wygasłą.
 
 
DANIEL 1,5

Odprężyłem się dzięki odrobinie hiperwentylacji;
niemniej, Barnabé, nie mogłem się powstrzymać, by
nie myśleć o wielkich jeziorach rtęci na powierzchni
Saturna
.

Kapitan Clark
 

Isabelle przepracowała trzy ustawowe miesiące po złożeniu wymówienia i ostatni numer „Lolity” przez nią nadzorowany ukazał się w grudniu. Odbyło się małe przyjęcie, właściwie koktajl, zorganizowany w siedzibie gazety. Atmosfera była nieco sztywna, jako że wszyscy uczestnicy zadawali sobie to samo pytanie, nie mogąc go wypowiedzieć na głos: kto ją zastąpi na stanowisku redaktor naczelnej? Lajoinie pojawił się na kwadrans, zjadł trzy bliny i nie dał żadnej wiążącej informacji.

Wyjechaliśmy do Andaluzji w wigilię Bożego Narodzenia; tam upłynęły nam trzy dziwne miesiące, spędzone w samotności, w zasadzie całkowitej. Nasza nowa rezydencja wznosiła się nieco na południe od San José, niedaleko Playa de Monsul. Olbrzymie bloki z granitu otaczały plażę. Mój agent spoglądał przychylnym okiem na ten okres odosobnienia; jego zdaniem było wskazane na chwilę się wycofać, by tym bardziej rozniecić ciekawość publiczności; nie wiedziałem, jak mu powiedzieć, że zamierzam to wszystko rzucić w diabły.

Właściwie jako jedyny znał mój numer telefonu; nie mogę powiedzieć, żebym zyskał wielu przyjaciół podczas tych lat powodzenia, wręcz przeciwnie, niemało straciłem. Jedyną rzeczą, która może wam odebrać ostatnie złudzenia na temat ludzkości, jest szybkie dorobienie się sporej sumy pieniędzy; wtedy widzimy, jak sfruwają się zakłamane sępy. Rzeczą zasadniczą, by przejrzeć na oczy, jest tę sumę faktycznie  z a r o b i ć: prawdziwi bogacze, bogacze z urodzenia, którzy nie znają niczego innego poza bogactwem, wydają się uodpornieni na to zjawisko, tak jakby odziedziczyli wraz ze swoim majątkiem rodzaj nieświadomego, bezwiednego cynizmu, który od początku nakazuje im myśleć, że niemal wszystkie osoby, jakie przyjdzie im spotkać, nie będą miały innego celu jak wyciągnąć im pieniądze wszystkimi możliwymi sposobami; zachowują się więc ostrożnie i na ogół ich kapitał pozostaje nietknięty. Dla tych, którzy urodzili się biedni, sytuacja jest dużo bardziej niebezpieczna; byłem w końcu dostatecznym cynikiem i łajdakiem, by zdawać sobie z tego sprawę, udało mi się zatem ominąć większość pułapek; jednak przyjaciele, nie, ich już nie miałem. Ludzie, których znałem w młodości, byli w większości aktorami, przyszłymi przegranymi aktorami; choć nie sądzę, by inne środowiska bardzo się różniły. Isabelle też nie miała przyjaciół i w ciągu ostatnich lat była przede wszystkim otoczona ludźmi, którzy marzyli o tym, by zająć jej miejsce. Nie mieliśmy więc nikogo, kogo moglibyśmy zaprosić do naszej luksusowej rezydencji, nikogo, z kim moglibyśmy wypić kieliszek riojy, patrząc na gwiazdy.


  
Co mieliśmy więc robić? Zadawaliśmy sobie to pytanie, chodząc po wydmach. Żyć? W takich właśnie sytuacjach ludzie zmiażdżeni przez poczucie własnej znikomości decydują się zrobić dzieci; w ten sposób przedłuża się gatunek, skądinąd coraz rzadziej, to prawda. Isabelle była dosyć hipochondryczna i właśnie skończyła czterdziestkę; ale badania prenatalne poszły bardzo do przodu i czułem, że problem leżał gdzie indziej: problemem byłem ja. Nie tylko żywiłem to uzasadnione obrzydzenie, które opanowuje każdego normalnego mężczyznę na widok  n i e m o w l a k a; nie tylko żywiłem głęboko zakorzenione przekonanie, że dziecko jest złośliwym karłem o wrodzonym okrucieństwie, u którego od początku można się dopatrzeć najgorszych cech gatunku i którego zwierzęta domowe unikają ze słuszną ostrożnością. Pod tym wszystkim kryło się również przerażenie, autentyczne przerażenie wobec nieprzerwanego pasma cierpień, jakim jest ludzka egzystencja. Jeżeli ludzkie niemowlę, jedyne spośród całego królestwa zwierząt, od pierwszej chwili manifestuje swoją obecność w świecie przez niecichnące okrzyki cierpienia, oczywiste jest, że cierpi, i to cierpi w sposób nie do przyjęcia. Może to strata sierści czyni skórę szczególnie wrażliwą na zmiany temperatury, wcale przy tym nie zapobiegając atakowi pasożytów; może anormalna wrażliwość nerwów lub jakaś wada konstrukcji. Tak czy owak każdy bezstronny obserwator zauważy, że ludzka jednostka  n i e  m o ż e  być szczęśliwa, że w żaden sposób szczęścia nie osiągnie, a jedynym jej powołaniem jest pomnażanie nieszczęścia, poprzez czynienie życia innych równie przykrym jak własne – jej pierwszymi ofiarami są na ogół rodzice.

Uzbrojony w te mało humanistyczne przekonania naszkicowałem zrąb scenariusza o roboczym tytule deficyt ubezpieczeń społecznych, który podejmował główne wątki problemu. Pierwszy kwadrans filmu składał się z nieprzerwanej eksplozji niemowlęcych czaszek pod ostrzałem rewolweru dużego kalibru – przewidziałem zwolnione tempo, lekkie przyspieszenia, całą choreografię móżdżków à la John Woo; potem wszystko się nieco uspokajało. Śledztwo prowadzone przez pełnego poczucia humoru inspektora policji, raczej niekonwencjonalną metodą – myślałem o Jamelu Debbouze – stwierdzało istnienie wysoko zorganizowanej siatki dzieciobójców, zainspirowanej tezami bliskimi fundamentalistycznej ekologii. REK (Ruch Eksterminacji Karłów) proklamował zanik ludzkiej rasy nieodwracalnie szkodliwej dla równowagi biosfery i zastąpienie jej przez rodzaj wysoce inteligentnych niedźwiedzi – równolegle w laboratorium prowadzono badania w celu rozwinięcia inteligencji u tych zwierząt, a szczególnie obdarzenia ich zdolnością mowy (myślałem o Gerardzie Depardieu w roli niedźwiedziego przywódcy).

Pomimo przekonującego castingu, pomimo mojej renomy, projekt nie został zrealizowany; jakiś producent koreański oświadczył, że jest zainteresowany, ale nie był w stanie zgromadzić koniecznych środków. Ta niecodzienna porażka mogła obudzić moralistę, który drzemał we mnie (drzemką skądinąd spokojną): jeżeli spotkałem się z porażką i odrzucono projekt, to znaczy, że przetrwały jakieś  t a b u (między innymi dzieciobójstwo) i że być może nie wszystko jest nieodwołalnie stracone. Człowiek myśli jednak szybko zwyciężył we mnie człowieka moralistę: jeżeli istniało tabu, to znaczy, że rzeczywiście istniał  p r o b l e m; w tym samym czasie pojawiły się na Florydzie childfree zones, rezydencje o wysokim standardzie, przeznaczone dla wyzwolonych z kompleksów trzydziestolatków, którzy przyznawali bez ogródek, że nie mogą dłużej znieść wrzasków, śliny, ekskrementów, wszystkich niedogodności otoczenia, jakich zwykle przysparzają  b a c h o r y. Wstępu do rezydencji zabroniono więc po prostu dzieciom poniżej lat trzynastu; by umożliwić im kontakty z rodziną, były przewidziane komory izolacyjne w formie barów szybkiej obsługi.

Zrobiono ważny krok naprzód: od wielu dziesięcioleci niż demograficzny na Zachodzie (zresztą nie miał on w sobie nic specyficznie zachodniego; to samo zjawisko powtarzało się w każdym kraju, w każdej kulturze, gdy tylko pewien poziom rozwoju ekonomicznego został osiągnięty) był przedmiotem obłudnych lamentów o cokolwiek podejrzanej zgodności. Po raz pierwszy ludzie młodzi, wykształceni, mający wysoką pozycję społeczno-ekonomiczną publicznie deklarowali, że  n i e  c h c ą  mieć dzieci, że nie zamierzają brać na siebie trosk i obowiązków związanych z wychowywaniem potomstwa. Podobne wyzwolenie mogło jedynie zyskać sobie zwolenników.
 
 
DANIEL 24,5

Znając cierpienia ludzi, uczestniczę w zerwaniu łańcucha, doświadczam powrotu spokoju. Kiedy zabijam jakiegoś dzikusa, bardziej zuchwałego od innych, który zbyt długo myszkuje przy otworach bariery ochronnej – często jest to kobieta, o piersiach już obwisłych, ściskająca swoje niemowlę niczym błaganie – mam poczucie, że wypełniam akt konieczny i uzasadniony. Identyczność naszych twarzy – tym bardziej uderzająca, że większość tych, którzy błądzą po okolicy, jest pochodzenia hiszpańskiego lub maghrebskiego – stanowi dla mnie potwierdzenie, że tamtych trzeba skazać na śmierć. Rodzaj ludzki wyginie, musi wyginąć, by wypełniły się słowa Najwyższej Siostry.

Na północy Almerii klimat jest łagodny, wielcy drapieżnicy nieliczni; z pewnością dlatego gęstość występowania dzikusów pozostaje jeszcze wysoka, choć cały czas maleje – kilka lat temu dostrzegłem nawet, nie bez przerażenia, stado liczące około setki osobników. Moi korespondenci rozsiani niemal po całej kuli ziemskiej zeznają natomiast, że dzikusy są na drodze do wyginięcia, w wielu miejscach

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną