Zbrodnia w Kaliszu

Powieść Arkadiusza Pacholskiego „Człowiek o stu twarzach” zaczyna się jak klasyczny kryminał. W Kaliszu dokonana zostaje zbrodnia.

Ofiarą jest Marek Albin, miejscowy artysta odmieniec, samotnik mieszkający w opuszczonej gorzelni, w której pragnął urządzić galerię. Tylko tutaj mogłyby ocaleć od zapomnienia jego dzieła: fotografie sławnych ludzi, do których w trakcie portretowania starał się zewnętrznie upodobnić. Stawał się na przykład podobny do generała Jaruzelskiego, a następnie do Jana Pawła II. Takie małe dziwactwa, nic więc dziwnego, że niektórzy nazywali portrecistę „Nikiforem kaliskim”. Kto mógłby czyhać na jego życie? Policja szybko wpada na trop gangu miejscowych nastolatków posługujących się sprawnie kijami bejsbolowymi, którzy przyznają się do kradzieży jakichś drobiazgów z domu Albina, ale nie do morderstwa. Wkrótce dowiemy się, jaki był rzeczywisty motyw zbrodni (Albin był posiadaczem cennego obrazu Wierusza-Kowalskiego), w związku z czym pojawi się nowy, i to stuprocentowy, podejrzany, co do którego zresztą czytelnik od razu mógł mieć poważne podejrzenia. A jednak i tym razem pozory mylą.

W streszczeniu brzmi to może mało zajmująco, ale też „Człowiek o stu twarzach” nie jest zwykłym kryminałem, a raczej powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym. Akcja rozpoczyna się w 1993 r., kończy epilogiem dwa lata później. Mamy więc początki III RP, której trudny poród oglądamy tu z perspektywy miasta (prawie) średniej wielkości. Niezbyt odległa przeszłość, niemniej chwilami wydaje się, że to czasy dawno minione. Choćby taki szczegół jak pieniądze: owe miliony złotych, którymi wówczas się posługiwaliśmy. A o pieniądzach mówi się w powieści dużo – rodacy biorą bowiem sprawy w swoje ręce, powstają właśnie nowe fortuny, pokazują się pierwsi prawdziwi kapitaliści. W „Człowieku” reprezentuje ów gatunek wytwórca zup w proszku, typowy nowobogacki, jeszcze trochę niepewnie czujący się w towarzystwie ludzi wykształconych, ale to mu zapewne wkrótce minie. Opis obiadu proszonego w domu państwa od zup jest nieodparcie komiczny.

Powstaje jednocześnie nowa klasa polityczna, na szczeblu lokalnym wcale nie mniej malownicza niż w centrali. Typem charakterystycznym dla swoich czasów jest w książce Pacholskiego wojewoda, który obszernie i szczegółowo wyjaśnia, z jakich to ideowo poważnych względów nie podoba mu się sztuka uprawiana przez Marka Albina.

„Człowiek o stu twarzach” jest drugą powieścią Pacholskiego z zaplanowanej na siedem tytułów serii „Kroniki polskie” (pierwszą była „Nikt z rodziny”). Pacholski, laureat Nagrody Kościelskich, wcześniej zajmował się eseistyką, opublikował tom opowiadań „Lśnienie nad głębiną”. W trudnej sztuce prozatorskiej też daje sobie radę, łącząc sensacyjną fabułę z wnikliwym opisem rzeczywistości. W polskiej literaturze współczesnej niewielu autorów to potrafi.

Arkadiusz Pacholski, Człowiek o stu twarzach, Wydawnictwo Rebis, Poznań 2006, s. 266 
 
 
 

 
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną