Tragarze byli gotowi do wyruszenia z wyprawą w góry. Porucznik i profesor położyli się na hamakach w biało-niebieskie pasy. Tragarze dźwignęli ich jak piórko, po czym ekspedycja ruszyła przy wtórze gongów i trąb z kości słoniowej. Ostatnią rzeczą, jaką widziała, był rękaw koloru khaki machający jej na pożegnanie. Przez trzy tygodnie jej nastrój oscylował między euforią a rozpaczą. Wreszcie, pewnej nocy, przybiegł chłopak z domu pana Townsenda: młodszy biały wrócił z wyprawy bardzo ciężko chory, a profesora zatrzymał u siebie król.
Twarz chorego stała się bielsza niżzasłony wokół łóżka. Oczy pożółkły, w kącikach zszarzałych ust zbierała siępiana. Chory bełkotał imiona, ale one nic jej nie mówiły. Pan Townsend orzekł atak malarii, który mógł byćśmiertelny. Skończyła mu się chinina, jednak okazał sięna tyle rozsądny, że nie wzgardził lekarstwem, które przyniosła od zielarza. Pan Townsend siłą wepchnął je do gardła choremu, a ten wyzdrowiał. Gorączka spadała, a porucznik histeryzował:
-Zabierzcie mnie stąd! Zróbcie coś!
-Kiedy zaś pan Townsend powiedział mu o holenderskim brygu stojącym na kotwicy, rozkazał:
-Zanieście mnie na pokład!
Żaden poddany nie mógł opuszczać Dahomeju bez zgody króla, musiała więc zejść na plażępod strażą. Porucznik zachowywał się poprawnie, lecz jego głos brzmiał zimno: z Anglii przyśle pieniądze na podróż oraz należność za narzeczoną.
Dzień był szary i bezwietrzny, ale rozbijające się fale poruszały podmuch powietrza, aż jej muślinowa sukienka łopotała między nogami. Łódź odbiła od brzegu, a ona pomachała szalem na pożegnanie. Porucznik nie machał, tylko patrzył na stojący w oddali statek.