Fragment książki "Nowy kwiat cesarza"

Tak więc skręcam w prawo, w ulicę o swojskiej i bezużytecznej nazwie Wavel. Idę chodnikiem, wymijając ogromne kałuże. Za­uważam niedaleko bank. Zagapiam się i wpadam w krater przy­kryty kałużą.

Aura bowiem pozostaje niezmiennie deszczowa. Jak dotąd Ad-dis bardziej kojarzy się ze zmoczonym Londynem niż słonecznym Rzymem. Cóż, sierpień, końcówka pory deszczowej. Przez pięć minut żar z nieba, przez następne pięć - ulewa. Jak w polskim przysłowiu.

Polskie przysłowie (1)

Sierpień-plecień, bo przeplata Trochę zimy, trochę lata.

Polskie przysłowie (2)

W sierpniu jak w garncu.

 

Udało mi się zachować równowagę. Woda sięgała powyżej kos­tek. W środku na szczęście sucho - cud buty. Spodnie brudne. Niby nic wielkiego. Wytrąciłem się jednak z marszowego rytmu. Podbiega do mnie brygada nieletnich ratowników wodnych, któ­rzy skorzystali z chwilowego przestoju. Pytają, czy nic mi się nie stało. Zapewniam ich, że nie utonąłem. Chyba mi nie wierzą.

Zresztą moja odpowiedź w ogóle ich nie interesuje. Ruszam dalej. Ratownicy nie odstępują mnie na krok. Słyszę coraz bardziej na­pastliwe: you, money, hello, mister.

Opuszczają mnie dopiero po przekroczeniu skrzyżowania. Nie mam jednak powodów do radości, bo po drugiej stronie czeka już

znakomicie zorganizowana kolejna brygada. Znowu to samo - przedzieram się przez wianuszek dzieci krzyczących you, money, hello, mister. Następne skrzyżowanie, następna brygada, i tak w kółko, przez dwa miesiące. You, money, hello, mister. You, money, hello, mister. You, money, hello, mister. You, money, hello, mister. You, money, hello, mister. Tornado.

Tego nie można sobie wyobrazić, tego trzeba doświadczyć na własnej skórze, na własnych bębenkach. Co gorsza, do tego nie można się przyzwyczaić. Tego nie można polubić.

Wszystko, co napisałem i napiszę, powinno być drukowane na papierze z miliardami powtarzających się do upadłego you, mo­ney, hello, mister w tle. Tylko ten pomysł może choć w części oddać (graficznie) horror, z jakim styka się każdy biały w Etiopii. Nie stanowi ona bynajmniej niechlubnego wyjątku; tak dzieje się w większości krajów brzydko zwanych Trzecim Światem. Posta­ram się odtąd regularnie wtrącać - ni z gruszki, ni z pietruszki, jak filip z konopi, a kukułka z zegara - you, money, hello, mister.

W przewodniku pan Briggs radzi zachować zimną krew, uzbroić się w cierpliwość i napięcie rozładowywać poczuciem humoru. You, money, hello, mister. Zasadniczo starałem się do tych rad stosować z dość dobrym skutkiem. You, money, hello, mister. By­wały jednak takie momenty, że miałem ochotę dorwać pana Brig-gsa i wydłubać mu oczy łyżeczką. Yow, money, hello, mister. Proce­der wyłuskiwania gałek z oczodołów ma znakomitą przeszłość; wystarczy przypomnieć sobie wybitne osiągnięcia Bizantyjczy-ków. You, money, hello, mister.

W przewodniku alternatywnym, tym napisanym w gabineto­wym zaciszu - a pisanie o odległych ludach w zaciszu gabinetu ma chlubną tradycję (patrz dżentelmen, wybitny znawca społeczności prymitywnych, James George Frazer, autor Złotej gałęzi, który ani razu nie pofatygował się na miejsce i niczego nie widział na własne oczy) - znaleźć można przytoczoną już wzmiankę, że kawiarnie w stolicy są niezwykle przytulne. You, money, hello, mister. Już po pięciu minutach spaceru i trzech skrzyżowaniach wiedziałem dla­czego. You, money, hello, mister. A wy? You, money, hello, mister. Już się domyśliliście? You, money, hello, mister.

Wpadam do ciastkarni. Odpływ zabiera ze sobą najnowszy od­dział napastników. Rozbijają się, w przenośni, o drzwi ciastkarni jak fala przyboju o falochron. Znalazłem upragniony azyl. Dopiero

co wchłonąłem śniadanie. Zamawiam jednak sok ananasowy z cytryną (lomi). Pytam, czy będzie świeży. Pytam, bo właśnie przypo­mniał mi się jesiotr drugiej świeżości z Mistrza i Małgorzaty.

- Będzie bardzo świeży - pada uspokajająca odpowiedź - bo go jeszcze nie ma (yellem).

-  Jak to nie ma (yellem), skoro mi przed chwilą powiedziano, że jest (alle) - nie pojmuję.

Kelner się śmieje. Biały, a głupi. Nic nie rozumie.


- Jest generalnie, ale nie ma konkretnie, bo trzeba go dopiero wycisnąć.


Udobruchany i przepraszający zamawiam jeszcze ciastko podobne do biszkopta.

Czekam na sok i czekam. Nietaktownie pytam co jakiś czas, kiedy pojawi się upragniony wycisk. Otrzymuję pogodną odpowiedź: wkrótce; niedługo (tolo). Wreszcie zamówienie ląduje na stoliku. Kosztuję ostrożnie.


Absolut.

Pychota.

Niebo w gębie.


I bardzo dobrze. Kompensuje mi to rozczarowanie ciastkiem, które tylko wyglądało jak biszkopt. Twardość suchara, smak idealnie neutralny (ponieważ popijam sokiem, smakuje chwilami jak ananas), kolor - jak mogłem przeoczyć wcześniej ten szczegół -żółtej febry (zaszczepiłem się przed wyjazdem). Rozważam pomysł wypróbowania soku z papai, pomarańczy, mango i bananów. Potem kawa, kawa z mlekiem, mleko z kawą, mleko, herbata. Nie żebym naprawdę chciał. Po prostu wcale mi się do moich ratowników i skrzyżowań nie spieszy. Będę tu siedział do wieczora. Kiedy się ściemni, przemknę do hotelu. Podobno nocą wszystkie koty są czarne. Nikt mnie nie rozpozna. 

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną