Z pamiętnika młodej dentystki (o krótkim stażu i niemałym apanażu)
Porażająco „lekka i przyjemna'.

Czego to my, zmęczeni czytelnicy, możemy poszukiwać letnią porą w beletrystyce?" - pytał niedawno na łamach "Polityki" Sławomir Mizerski („Wyuzdana gorączka "). Odpowiedź, której sam udzielił, potwierdzają prowadzone przez księgarnie letnie statystyki sprzedaży. W tym okresie czytelnicze preferencje Polaków w dużej mierze ograniczają się do książek przystępnych i niezobowiązujących. Ośmielam się twierdzić, że gdyby nie specyficzna aura, wiele pozycji z wakacyjnej oferty czytelniczej - szczególnie powieści miłosne - zachowałoby swą dziewiczość. Są bowiem książki w tak porażającym stopniu „lekkie i przyjemne", iż niewyobrażalne wydaje się sięganie po nie w nieco mniej sprzyjających okolicznościach, towarzyszących bardziej mobilizującej pod względem intelektualnym pogodzie. "Bajerom wbrew" autorstwa Anny Ziętary z niekłamaną przykrością zaliczam do tej właśnie grupy.

Przyjemna w dotyku okładka, a na niej powabna brunetka przyobleczona w sukienkę koloru bordo, w kuszącej pozie prezentuje kształtne nogi, obdarzając czytelnika uwodzicielskim spojrzeniem. Na prawo, w oddali, majaczy cień mężczyzny. Powyżej notatka o uhonorowaniu książki III miejscem w konkursie literackim „Kolory życia" Posypując sobie głowę popiołem w geście ekspiacji, co stanowiło reakcję na odkryte niedostatki wiedzy, jęłam usilnie poszukiwać informacji na temat rzeczonego konkursu. Początkowe zawstydzenie minęło, kiedy tylko zdołałam ustalić, że w porozumieniu z wydawnictwem Prószyński i S-ka, zorganizował go miesięcznik „Claudia". Choć daleko mi do modelowej czytelniczki wspomnianego pisma, postanowiłam oddać się lekturze tej książki bez uprzedzeń, wstrzymując się od formułowania przedwczesnych sądów. Dałam jej szansę i pozwoliłam, by sama się obroniła. Czy to się jej udało?

Wdzięczny, aczkolwiek mocno wyeksploatowany, temat uczucia rodzącego się między dwojgiem ludzi Ziętara podejmuje w sposób uproszczony, nie siląc się na oryginalność. Stworzona przez nią powieść to historia miłosna Anki i Jacka - studentów stomatologii, stworzona w oparciu o sprawdzone już w latach dziewięćdziesiątych standardy wyznaczone pisarską twórczością Helen Fielding i tworzących pod jej duchowym patronatem polskich naśladowczyń: Katarzyny Grocholi, Barbary Kosmowskiej czy Izabeli Sowy. Motyw wytrwałej walki kobiety o miłość i spełnienia u boku mężczyzny, jakie niesie wygrana, okraszony solidną dawką humoru, mógłby posłużyć za receptę na idealną letnią książkę, wszak niejeden raz przyczynił się do osiągnięcia oszałamiającego nieraz sukcesu literackiego. Mógłby... Jednak powieść Ziętary należy określić mianem „letniej" także z innego powodu, a jest nim brak umiejętności podtrzymywania zainteresowania czytelnika. Możliwość śmiania się z głównej bohaterki i przeżywanych przez nią niedoli, płynących w dużej mierze z jej długotrwałej samotności, a więc to, co zdaniem niejednego krytyka, stanowiło największą zaletę "Dziennika Bridget Jones", nie ma racji bytu w przypadku powieści Ziętary. Mimo to, między dwiema książkami można odnaleźć zaskakująco wiele punktów wspólnych.

Główna bohaterka "Bajerom wbrew" jest wyidealizowaną Bridget Jones - dwudziestokilkuletnią studentką o dużych walorach cielesnych i umysłowych, niezależną, nieźle sytuowaną posiadaczką niezawodnych przyjaciółek i własnego M, która mimo to tkwi w stanie psychicznego zawieszenia, spowodowanego zawodem miłosnym. Cała powieść to niemal mechaniczna rejestracja przeżyć, wątpliwości, zakochań i zauroczeń, których Anka jest zarówno przedmiotem jak i podmiotem odczuwającym, zapisem zbiegów okoliczności i trosk nadających rytm jej codzienności. Anka dzieli się z czytelnikiem drobnymi kłopotami („Jezu! Żelazko! Czy ja wyłączyłam żelazko?"), wspomnieniami o zaliczeniu z pedodoncji (krwiożercza Magdusia), a nade wszystko przemyśleniami dotyczącymi własnej „pojedynczości". Nadana książce przez autorkę forma spisywanego w latach młodzieńczych pamiętnika nie stanowi najmniejszego usprawiedliwienia dla infantylności przekazywanych w nim treści, w której jeden banał przechodzi w kolejny. Ba... Słowo „banał" jest wyraźnie nadużywane przez autorkę w początkowej części książki. (Mniej więcej od strony 110 funkcję tę przejmuje równie błyskotliwy termin „bajer".) Najpełniej oddaje to przywołany poniżej - skądinąd, niesłychanie przytomny - autorefleksyjny komentarz, wypowiedziany czy raczej pomyślany przez główną bohaterkę: „Obie z Tośką cierpiałyśmy na to samo - obsesyjną potrzebę miłości. Nic na to nie poradzę, wiem, że to banalne! Ale życie pełne jest takich banałów, prawda? Na kolejnym zeszycie swego pamiętnika napisałam kiedyś »Okrutną zagadką jest życie«, później dodałam odkrywczo »Banał!!!!«, aż wreszcie uzupełniłam zbiór myśli o słowa »Życie osób banalnych musi być banalne«".

Nabrzmiałej od autokomentarzy książce Ziętary zdecydowanie brak lekkości. Wypowiedzi i sądy formułowane przez młodych bohaterów brzmią nienaturalnie, nierzadko pretensjonalnie („Skąd miałem wytrzasnąć elegancką kolację i trunki na taką okazję? Wolałabyś oblewać piwem nasze szczęście? Wybacz, ale to chyba zbyt plebejskie.") Prowadzone przez nich dysputy na tematy banalne (sic!) są przydługie i nieprzekonywające. Czytelnik, który sięgnie po tę powieść, licząc na zabawną historię miłosną, może przeżyć rozczarowanie. Efekt humorystyczny autorka osiągnęła jedynie w ciętych ripostach, składających się na dialogi przypominające słowną szermierkę. Śladów innego rodzaju humoru w książce nie dostrzegłam.

Zasiadłam się do lektury książki Ziętary nie oczekując, że jej autorka zechce wykroczyć poza granice literatury popularnej. Niemniej naiwnie sądziłam, że książka zaskoczy świeżością ujęcia tematu, wyjściem poza ramy przeraźliwie nudnej, bo wyeksploatowanej do cna konwencji. Na próżno. Nie dane mi było znaleźć tego, co wyróżniałoby ją spośród wielu podobnych, przewidywalnych historii, ulepionych ze scen rozstań, koszmarów sennych, dotkliwie przeżywanej depresji, radosnych powrotów, czy niepewności poprzecinanych miłosnymi uniesieniami i łzawą sceną końcową utrzymana w tonacji happy endu. Oto prawdziwe źródło zawodu tą książką. Autorka wykazałaby się zdrowym rozsądkiem, którym tak hojnie obdarzyła swą bohaterkę, gdyby zajęła się tym, na czym zna się najlepiej (w co gorąco wierzę), czyli praktyką stomatologiczną, a pisanie powieści zostawiła innym - mniej „letnim", a bardziej lotnym adeptom sztuki pisarskiej.

Marta Olszewska, FA-art
  

Anna Ziętara, Bajerom wbrew, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2007, s. 392.

   

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną