Fragment książki: Zadie Smith, "Księga innych ludzi"
Był sierpień 1956 roku. Hanwell dowiedział się, że jego ojcu nieźle się powodzi i że prowadzi interes w jakiejś mało znanej wiosce w hrabstwie Kent.

Hanwell Senior


Hanwell senior był ojcem Hanwella. Podobnie jak Hanwell, istniał kameralnie. Nie chodzi o jego osobę - był „bogatą osobowością", że użyję tego okropnego wyrażenia - ale o jego historię, która jest fragmentaryczna, niemal fantasmagoryczna. Nawet Hanwellowi wydawał się czymś w rodzaju nieprzyjemnej fatamorgany. Był nieodpowiedzialny i niedbały, co pod wieloma względami było gorsze niż okrucieństwo. Ci, którzy mieli do czynienia z takimi ludźmi - zrozumieją. Okrucieństwu można się uczciwie przeciwstawić, a w końcu o nim zapomnieć. Beztroska nonszalancja w obchodzeniu się z cudzymi problemami jest czymś zupełnie innym. Posiadanie takiego ojca z pewnością uczy człowieka smutnej samowystarczalności i brutalnego powściągania uczuć. Niechęci do jakiejkolwiek aktywności.

Hanwell senior pojawiał się w życiu Hanwella niczym kometa, po długich przerwach. Był oczywiście przy nim, kiedy Hanwell się urodził, i sześć lat później, na plaży w Brighton, trzymając syna pod pachami i wymachując nim nad molo. Hanwell senior spędził tamten wieczór z dala od swojej rodziny, której zostawił niewielką sumę ze szczodrą myślą o porcji ryby i frytek. Na więcej go nie było stać. Kompan z mnóstwem wdzięku. Brzmi przestarzale, ale „kompan" to było słowo, którego się wtedy używało. Pierwszy podnosił kieliszek i ostatni go odstawiał - był bardzo wylewnym gościem - choć nigdy się nie upijał i nigdy nie zachowywał w niedopuszczalny sposób. Był rodzajem człowieka, który śpiewa wraz z tymi, którzy urżnęli się znacznie bardziej niż on, i myśli o wykorzystaniu ich słabości do zdobycia przewagi. W domu miał automat, do którego wrzucał dwupensówkę, a ten wydawał mu papierosa, tak jak w pubie. Z kolei na oku miał najbliższą sąsiadkę żony, wdowę Sue Boyd. Sue, Sue, jakże się w tobie zakochałem - nucił na melodię słynnej w tamtym czasie ballady, chwytając ją w pasie i jak gdyby nigdy nic przeprowadzając od tylnych drzwi domu do ogrodzenia, podczas gdy pani Hanwell uśmiechała się bezradnie w oknie.

Był sporym mężczyzną, znacznie większym niż Hanwell. Niedługo później, może jeszcze w tym samym roku, może w następnym, pojawił się nagle piątego listopada w tylnych drzwiach domu, otoczony ciemnością, przynosząc w prezencie petardy za grosze. Nie został na tyle długo, żeby odpalić je z Hanwellem. Znowu zniknął. Wyszedł po paczkę papierosów i nigdy nie wrócił: ten refren powraca w Anglii dość często. Z tym, że Hanwell senior był z tych, co wracają okresowo. Co jest jeszcze gorsze, jak wykazano wcześniej. Zostawił Hanwella stojącego w ciemności, w krótkich spodenkach, z petardami w dłoni. Nigdy nie zostało mu to zapomniane. Ciągle trwa w Hanwellu pozostałość po późnych latach dwudziestych. Zostaje tutaj zapisane przez potomkinię Hanwella seniora, o której nie mógł mieć pojęcia, jako że byłam dla niego tak nierzeczywista jak szerokopasmowy dostęp do Internetu albo gobliny. Nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego zapamiętuje się takie właśnie rzeczy, podczas gdy wiele innych zaciera się w pamięci - napisano już wiele sentymentalnego śmiecia na ten temat. Sam Hanwell wierzył w wyjaśnienia naukowe. Nie miał bladego pojęcia o nauce. Niejasno wyobrażał sobie chemiczne rozbłyski w mózgu, które zatrzymywały ruchome obrazy (ta jego analogia wzięła się z fotografii, z którą miał nieco styczności), i wierzył, że te „rozbłyski" pojawiają się przypadkowo i nie można ich zaobserwować w momencie, w którym do nich dochodzi. Oczywiście ten tekst także jest pewnego rodzaju „rozbłyskiem", tyle że smutniejszego, wtórnego i pasożytniczego typu.

W połowie lat trzydziestych Hanwell senior wyjechał do Kanady z myślą o zbiciu fortuny na wyrębie drzew. Hanwell wziął udział w krótkiej, ekscytującej wycieczce po statku przed jego wypłynięciem, jednak to nie ojciec mu ją zafundował; jeden z członków załogi ustawił świeczkę na solidnym mosiężnym relingu, demonstrując w ten sposób Hanwellowi, jak bardzo uporządkowane i koncentryczne okazują się ukośne nacięcia w świetle. Hanwell senior wrócił trzy lata później, wciąż bez pieniędzy. Był teraz w stanie skręcić papierosa jedną ręką, podobnie jak to robili kowboje. Hanwellowi niespecjalnie to imponowało. Jakiś czas później Hanwell senior został kontrolerem biletów w autobusach. Potem wybuchła wojna, z której tak naprawdę nigdy nie wrócił, bo zakochał się w jakiejś kobiecie z klasy średniej, która była kierowcą ambulansu. Raz pojawił się w koszarach, w których stacjonował Hanwell, nosząc nowe imię - Bill - i pozując na Irlandczyka. Obserwowanie go było przedziwnym doświadczeniem. Słowa Hanwella seniora nie były żadną gwarancją, nie można się ich było uchwycić, nie miały związku z faktami.

Mroczniejszy odcień tej samej skłonności nosi miano „psychopatii". Wyjął kilka nieprzyzwoitych fotografii zrobionych na Bliskim Wschodzie i opowiedział kilka zabawnych i wiarygodnych anegdot, których akcja toczyła się w hrabstwie Kerry. Komuś obcemu wydawałoby się, że świetnie to współgra z jego miedzianymi włosami i blisko osadzonymi oczami. Hanwell żałował, że nie jest kimś bardziej obcym. Mógł się tylko krzywić w duchu na widok tej drugiej, fałszywej osobowości, jednocześnie odstawiając szopkę i śmiejąc się z kolegami, podczas gdy Bill zaskarbiał sobie przyjaźń wszystkich młodych żołnierzy, z którymi Hanwell sam nie zdążył się jeszcze zaprzyjaźnić.

Świetny gość, ten twój stary! Pełen życia, można się z nim pośmiać! - można by powiedzieć z aprobatą, prawdopodobnie szczerze (Hanwell starał się przychylnie interpretować fakty), gdyby nie było się jego synem. Gdyby nie było się jego synem. Bill odszedł dwie godziny później wesoły jak święta. Hanwell nie spotkał go przez następne dwanaście lat.

Był sierpień 1956 roku. Hanwell dowiedział się, że jego ojcu nieźle się powodzi i że prowadzi interes w jakiejś mało znanej wiosce w hrabstwie Kent. Bez większych oczekiwań - a przynajmniej bez takich, do których przyznałby się samemu sobie - Hanwell wsiadł na rower. Tym razem to on miał się pojawić. W tamtych czasach pokonanie odległości między Londynem a hrabstwem Kent było dla niego pestką. Był stosunkowo młody, choć tak o sobie nie myślał, niedawno założył rodzinę. Nie wiedział jeszcze wówczas, że czeka na niego druga rodzina, wtedy nie było jej jeszcze na horyzoncie, była schowana w przyszłości.

Skwarny sierpniowy dzień. Hanwell skonstruował bidon na wodę ze starej plastikowej butelki na naftę i przywiązał go do ramy roweru - był to wynalazek, który nieco wyprzedził swoje czasy. Pędził co sił po nowo wybudowanym odcinku autostrady A20, gdzie tylko to możliwe, zjeżdżając z niej i jadąc bocznymi drogami przez wioski, gdyż miał wrażenie, że powietrze jest tam czystsze. Mam nadzieję, że mogę napisać „żywopłot" i będzie jasne, że nie usiłuję być poetycka, a jedynie staram się z dokładnością opisać fakt historyczny. Dwa razy jego koszula zahaczyła o gęsty i ciernisty żywopłot i postrzępiła się na łokciu. Był zdeterminowany - podobnie jak ja, kiedy wreszcie piszę - żeby nie zatrzymać się przed dojechaniem do konkretnego punktu; miał zamiar zjeść coś dopiero u celu podróży, nie wcześniej. Jeszcze jedna mila, jeszcze jeden rozdział, jeszcze jedna mila, jeszcze jeden rozdział.

Wioska położona była w niewielkiej dolinie; Hanwell pędził w uniesieniu przez zakręty i wtoczył się między domy, zatrzymując się na błoniach, które w zasadzie można było uznać za całą wioskę. W pobliżu stały dwa przybytki: pub z czerwonej cegły, z ładnymi kępkami lawendy wyrastającymi z doniczek na oknach, oraz - po drugiej stronie błoń - krzykliwie pomalowana przyczepa, z której sprzedawano rybę i frytki. Hanwell nie miał złudzeń. Zsiadł z roweru i pewnie poprowadził go po obrzeżach błoń, lekko przytrzymując lewą ręką za siodełko. Była czwarta po południu, a przyczepa była zamknięta.

Oparł rower o intensywnie czerwone napisy ze złotą obwódką: najlepsza ryba i frytki u hanwella. Usiadł na trawie pod drzewem, skąd miał widok na boisko do gry w krykieta i bagniste tereny otaczające stawy. Nie był w stanie przyswoić tych lekcji w zielonym kolorze. Zamiast tego poczuł zapach potarganych róż o uschniętych liściach, pozostałości po lecie. Zerwij je, daj siostrze, rok 1931.

Przepis Irene Hanwell na Damskie Perfumy:

Sześć róż (skradzionych, same płatki)

Woda z kranu

Pusta butelka po mleku

Ściśnij płatki w dłoni, żeby uwolnić ich zapach. Włóż do butelki. Napełnij butelkę wodą.

Cuchnęły mu stopy. Zdjął buty. W domu zostawił żonę, która nie czuła się dobrze w sposób, jakiego nie potrafił zrozumieć ani jakiemu nie mógł zaradzić, jednak kiedy tak siedział w słońcu, jakiś napięty, oporny węzełek
w okolicach pleców rozwiązywał się po raz pierwszy od wielu miesięcy. Położył się na trawie. Jego kręgosłup przylgnął do ziemi i Hanwell czuł ogarniające go rozluźnienie. Gdy patrzył z tej odwróconej perspektywy, jego oczom ukazał się świat kobiecych nóg. Podobały mu się te nowe, rozkloszowane spódnice, na tyle szerokie, żeby się pod nie wczołgać i poczuć bezpiecznym, i zaczął żałować, że się ożenił albo że nie ożenił się z kimś innym. Co by się stało, gdybym tu został? - pomyślał. - Gdybym dał się połknąć słońcu, tak żeby ten pomarańczowy blask pod moimi powiekami stał się nie tylko tym, co widzę, ale tym, kim jestem, gdybym pozwolił, żeby ta jedna stokrotka z wygiętą łodygą, zapach róż i ta odwrócona do góry nogami dziewczyna siedząca na ławce przed pubem, jedząca odwrócony do góry nogami „lunch oracza" ze swoją odwróconą do góry nogami przyjaciółką, stały się całą zasadą i granicą świata. Czy nie wystarczyłoby kilka chwil i trochę farby, żeby zmienić hanwella na hanwellów?

Zwróćcie uwagę na to, że odtworzyłam dla was myśli Hanwella w sposób, który wydał mi się najbardziej prawdopodobny i najładniejszy. W powieści Miasteczko Middlemarch odnajdujemy stare porzekadło głoszące, że miłość do bliźniego rośnie w człowieku proporcjonalnie do odległości, w jakiej ten znajdzie się od drzwi własnego domu. Przypomina mi to o wszystkich pełnych oddania wnukach i prawnukach, ślęczących nad łożami śmierci z cyfrowym dyktafonem w ręce albo maniakalnie tropiących swoich przodków o trzeciej nad ranem za pośrednictwem internetowych stron poświęconych genealogii. Z wielką chęcią zabierają się za odtwarzanie życia i myśli tych, którzy umarli albo wkrótce umrą, choć może regularnie odrzucają połączenia od swoich matek. Należę do tego pokolenia. Zrobię dla swojej rodziny wszystko, poza spotkaniem się z nią.

Jak już wspomniałam, był rok 1956. Nie istniało nic oprócz słońca, Hanwella i słońca. Gdy leżał w wysokiej trawie, Hanwell wyobraził sobie taką oto konwersację:

hanwell senior (leży obok Hanwella): A więc mnie odnalazłeś.

hawnell: Tak, Alf. Miało być inaczej?

hanwell senior: Posłuchaj: Zapal sobie - nie zapędzaj się za daleko.

hanwell (bierze z paczki papierosa marki Senior Service): Dziękuję.

hanwell senior: A więc, chłopcze. Jak się masz? Jak widzisz, nieźle mi się powodzi.

hanwell: Tak, mimo wszystko. To przywodzi mi na myśl wielką powieść George Eliot...

hanwell senior: Nie gadaj bzdur, chłopcze. Zawsze to robisz - udajesz, że jesteś kimś, kim nie jesteś i nigdy nie byłeś. Nie przeczytałeś żadnej z tych książek. Ktoś mógłby pomyśleć, że studiowałeś na uniwersytecie, kiedy tak mówisz, jakbyś był nie wiadomo kim.

hanwell (smutno): Nie stać nas było na mundurek do szkoły średniej. Zdałem egzamin, ale nie było nas stać.

hanwell senior (śmieje się do łez): Wciąż ta stara śpiewka? O matko. Trochę już zwietrzała ta historia, nie? Wolę nazywać rzeczy po imieniu, niż mówić, że wszystko pachnie różami. Zresztą niech będzie, jak już tam chcesz.

hanwell (śpiewa): Starą piosenkę poniósł wiatr... przywołałem jego imię... podarowałem piosenkę mojej dziewczynie...

hanwell senior: Ale się miękki zrobiłeś.

 - Czyj to rower?

Hanwell podniósł się i został powitany - bez szczególnego zaskoczenia, choć z nutką zmieszania - po czym zaproponowano mu frytki, które pierwsze wyszły z frytkownicy.

 - Mam tu gdzieś rozkładany stolik...

Hanwell przyglądał się, jak Hanwell senior stacza pojedynek z domowymi starociami i podniszczonymi meblami ułożonymi z tyłu przyczepy. Wysoka lampa z abażurem zakończonym frędzlami krzyżowała się na podłodze z wieszakiem na płaszcze: herb rodu Hanwellów. Bunty, ta kobieta, która prowadziła ambulans, mogłaby utrzymywać jego dobytek w porządku, jednak zmarła rok wcześniej - to za jej pieniądze założył ten niewielki interes. Może wcześniej gotowała mu warzywa i pilnowała, żeby nie pił, i dopiero niedawno jego twarz tak koszmarnie opuchła, popękały mu naczynka, rozlewając się czerwonymi plamami pod skórą nosa i policzków, a jego pomarańczowe wąsy zaczęły rosnąć w sposób nie do opanowania i przyprószyły się siwizną.

Dla Hanwella był to wstrząs. Historycznie rzecz ujmując, Hanwell senior przewyższał Hanwella tężyzną fizyczną. Usiądź mi na plecach, no, siadaj! Nie złamiesz mnie!, mówił zazwyczaj jakiejś kobiecie, a kiedy ta usadowiła się na nim niczym Budda, robił jedną, dwie a nawet pięć pompek. Odwrócił się, przyciskając blat stolika do swojego ogromnego brzucha, i ta sflaczała część jego ciała ukazywała - w stopniu większym niż pozostałe - że był mężczyzną opuszczonym przez kobiety.

 - Proszę bardzo - powiedział, przyciskając potężny tyłek do blatu stołu, którego żeliwne nogi wbijały się głęboko w trawnik. - Nie jestem zwolennikiem jedzenia na stojąco.

Wyciągnął z przyczepy dwa niewielkie stołki i Hanwell usiadł na tym, który został mu podany. Przez pewien czas Hanwell senior starał się sprawiać wrażenie, że niechęć do siedzenia przychodzi mu w sposób naturalny - zajmował się gorącym olejem i odrzucaniem niektórych frytek jako niegodnych wrzucenia do frytkownicy, skoro miały być spożywane przez jego jedynego syna. Kiedy zamieszanie związane ze smażeniem dobiegło końca, Hanwell uświadomił sobie oczywiste: jego ojciec nie mógł znieść jego widoku. Patrzyli więc nadal na łąkę po drugiej stronie błoń, na przekór swoim wcześniejszym deklaracjom Hanwell Senior opierał się o przyczepę, trzymając w ręce wilgotny stożek z gazety, i długo przeżuwał każdą frytkę. Jeśli Hanwell mówił do niego, senior wbijał wzrok w jakieś miejsce poza nim, ani razu jednak nie spojrzał na syna.

W zasadzie w tej rozmowie nie było nic, co Hanwell mógłby zapamiętać, i miał wrażenie, że jest ona tak nierzeczywista jak rozmowa, którą wyobraził sobie wcześniej. Podczas gdy w milczeniu oczekiwał na serię nieprawdopodobnych, jednak utęsknionych wyznań ojca (Cóż, synu, chodzi o to... Prawdę mówiąc, okropnie żałuję...), w prawdziwym, falującym od upału, gęstym powietrzu Hanwell senior pocił się i rozwodził nad interesami w Suezie, arabskimi sukinkotami i faktami, jakich Hanwell - światem tego najmniej rozpolitykowanego ze wszystkich ludzi byli wyłącznie ci, których widywał lub z którymi rozmawiał każdego dnia, których żywił, kąpał lub z którymi się kochał, dla niego świat mógł składać się wyłącznie z najbliższych - nie potrafił zrozumieć. W końcu rozmowa zeszła na ludzi, z którymi Hanwell był związany - jego żonę i córki. Hanwell nieśmiało opisał swoje obecne problemy, używając w tym celu ostrożnych i górnolotnych wyrażeń lekarza („zaburzenia umysłowe" i „skłonności do histerii").

Z tylnej kieszeni spodni Hanwell senior wyciągnął chusteczkę i zaczął nią ścierać brud z karku. Potem niespiesznie złożył ją z powrotem we czworo. Hanwell od razu dostrzegł, że ojciec uznał ożenienie się z kobietą, która miała jakiś defekt, za coś typowego dla Hanwellów i że odczuwa teraz to samo groteskowe obrzydzenie co wtedy, kiedy mały Hanwell potrząsany za nogi nad molo postanowił się rozpłakać.

 - Powiem ci jedno - stwierdził, kończąc wykład dotyczący nieumiejętności dokonywania właściwych wyborów i odpowiedniego postrzegania rzeczywistości i przechodząc do bardziej ogólnego rozważania natury kobiet, co
pozwoliło mu w końcu przyznać, że kłopoty Hanwella mogą nie być jego wyłączną winą. - One chcą na nowo napisać naszą historię - nie pozwolą, żeby mężczyźni byli sobą. Ciągle powtarzają, kim mamy być, kim powinniśmy być i kim moglibyśmy zostać, zamiast zgodzić się na to, kim jesteśmy. A to, co dają w zamian, nie jest nawet w połowie tak dobre, jak im się wydaje - a może to dla mnie nigdy takie nie było. Może ty trafiłeś lepiej - Bóg jeden wie, wyglądają teraz o niebo lepiej niż za moich czasów...

Dwadzieścia jardów od miejsca, w którym siedzieli, dwie młode kobiety w sukienkach na ramiączkach pomagały sobie nawzajem stanąć na rękach. Hanwell senior szturchnął Hanwella w brzuch i ten ostatni odczuł wyraźnie, że jest to ukryta obelga pod adresem jego matki, która wciąż żyła i wciąż nosiła przyprasowane blisko czoła loczki, teraz już siwe, te same kapelusze w kształcie hełmu i okulary od Harolda Lloyda w grubej oprawie i o doskonale okrągłym kształcie. Nic nie powiedział. Jadł frytki, podczas gdy mizerna blondynka napięła swoje ciało, przygotowując się na schwytanie ślicznych wydatnych kostek jednej z dobrze odżywionych brunetek, jakich nie widywali w poprzedniej dekadzie. Hanwellowie patrzyli, jak brunetka przelicza się ze swoimi możliwościami i jej piersi przylegają do żółtej bawełny sukienki, jak jej nogi nie utrzymują pionu i krynolina spódnicy przelewa się przez wąskie ramiona jej blond przyjaciółki, patrzyli, jak dziewczęta wybuchają śmiechem, jak chwieją się i w końcu lądują razem na trawie. Po chwili Hanwell senior wziął dwa puste papierowe stożki i ugniótł je w dłoni w rozmoczoną papierową kulkę, stwierdzając, że musi otwierać interes, gdyż nadeszła pora na podwieczorek i ludzie będą domagać się jedzenia. Hanwell nie spotkał go już nigdy potem.

W roku 1986, w dniu, o którym już teraz pamięta tylko miejskie archiwum, w kuchni, w której Hanwell gotował, zadzwonił telefon. Hanwell przygotowywał pizzę na domowej roboty cieście dla swoich dzieci z drugiego małżeństwa. Była to pizza z rzadkim, świeżym sosem pomidorowym z anchois i czarnymi oliwkami; jej nadzienie było tak pikantne i smaczne, że można je było jeść łyżkami, darując sobie ciasto. Możliwe, że tylko ja tak robiłam. Zbyt łatwo przychodzi mi wyciąganie ogólnych wniosków.

 - Tak, rozumiem... dziękuję za informację - powiedział Hanwell nieco bardziej oficjalnym niż zwykle tonem. Odłożył słuchawkę i wyszedł z kuchni.

Kiedy skończył piec pizzę, wrócił, był blady, ale opanowany. Powiedział, że zmarł jego ojciec, i było to zdanie, które zmusiło nas - moją matkę, mojego brata i mnie - do wymyślenia całego człowieka w jednej sekundzie i zamordowania go w następnej. Hanwell nie powiedział nam niczego, co mogłoby nas przygotować. Już wiele tygodni wcześniej wiedział, że śmierć jego ojca jest nieuchronna - nie pojechał go jednak odwiedzić. Dwadzieścia lat później, kiedy przyjdzie pora na niego samego, nie odwiedzi go własny syn.

Zdarza się, że wykonując swoje obowiązki, łapię się na stwierdzaniu, że „nie wierzę w powtarzalność wzorców". Przekłuty szpilką motyl nie zdaje sobie sprawy z piękna formy, którą tworzy.

 - Nigdy nigdzie nie zagrzał miejsca - powiedział Hanwell - a teraz jego podróż dobiegła kresu.

Urocza metafora, podobna do tych, które lubił Borges, a my wszyscy zinterpretowaliśmy ją dosłownie, myśląc o molo w Brighton, bo Brighton było dla nas miejscem na ziemi Hanwellów, miejscem, gdzie Hanwellowie
zazwyczaj umierali. Kiedy byłam dzieckiem, przyśniło mi się - nigdy tego nie zapomnę! - że ktoś układa na moim ciele chłodne płaskie kamyki z Brighton, w sposób, w jaki Żydzi układają kamienie na ciałach swoich zmarłych bliskich. Na moim ciele piętrzyły się coraz wyższe stosy kamieni, aż zostałam pod nimi zupełnie pogrzebana, i angielskie rodziny, nie mając o niczym pojęcia, robiły sobie nade mną pikniki, gdyż stałam się skalnym fundamentem Brighton, jak inni Hanwellowie przede mną (zgodnie z logiką mojego snu), odkąd tylko Hanwellowie pojawili się w Anglii. Bo w Anglii zawsze byli Hanwellowie. Jednak ja jestem żeńskim przedstawicielem tego rodu i wychodząc za mąż, zmieniłam nazwisko.

Jesteś wielki.

 
Przekład Iwona Sumera

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną