Recenzja książki: Haruki Murakami, Autoportrait de l'auteur en coureur de fond

Biegnij, biegnij, biegnij
Nużąca lektura dla wytrwałych (sportowców)

Po "Autoportret" Murakamiego zapewne zechcą sięgnąć wszyscy jego fani. Ale czy wszyscy dobiegną razem z nim do mety? Tak w telegraficznym skrócie można zrecenzować książkę-wyznanie Haruki Murakamiego.

 

Murakami jest nie tylko pisarzem, ale i sportowcem. Nie tylko biega, ale również pływa i jeździ na rowerze - prawie wyczynowo. Dwie ostatnie dyscypliny potrzebne mu są do tego by brać udział w zawodach triatlonowych; bieganie pozostaje jego sportem ulubionym, i to właśnie o tym opowiada, w najprostszy i niewyszukany sposób.

Czym jest dla niego uprawianie sportu? Okazuje się, że to nie tylko sposób na utrzymanie sprawności fizycznej i przedłużenie poczucia młodości ciała i ducha (w zdrowym ciele zdrowy...), ale również, a może przede wszystkim, sprawności intelektualnej i pisarskiej. Systematyczne zadawanie samemu sobie trudów treningu przenika się z codziennym mozołem procesu twórczego. Dla Murakamiego obie aktywności są równorzędne. Bez wysiłku, tego codziennego, nie mógłby ani biegać w maratonach (a zaliczył ich grubo ponad 20), ani pisać swoich książek.

Muarakmi biega w Atenach, Nowym Jorku, Bostonie, Tokio i w... Murakami, w prefekturze Niigata. Triatlon w Murakami, którym raczy nas na koniec książki Haruki Murakami, to oko puszczone do czytelnika. Każdy odczyta jego znaczenie jak zechce, gdyż pisarz nie daje żadnej wskazówki. Może chodzi mu o podkreślenie naszej jedności z miejscami, w których żyjemy i które są dla nas ważne? Tam przecież "biegnie" nasze życie.

Wyznania Murakamiego mają w sobie coś zupełnie bezpretensjonalnego. Ale, niestety, dość szybko nużą. Styl "Autoportretu" tylko chwilami przypomina jego utwory powieściowe czy opowiadania - tam, gdzie autor puszcza nieco wodze fantazji. Poświęcanie uwagi samemu sobie najwyraźniej nie do końca mu wychodzi. W pewnym momencie lektury można nawet zadać sobie pytanie, czy z nas nie drwi, czy nie chce powiedzieć: "piszę byle co, a wy i tak to przeczytacie, bo nazywam się Haruki Murakami".

Ale to zupełnie nie przystaje do autora powszechnie znanego ze skromności. Zapewniam, że wrażenie to znika równie szybko jak się pojawiło. Jednak lektura pozostaje rzeczywiście biegiem długodystansowym i trzeba przez książkę brnąć z wysiłkiem. Ale czyż Murakamiemu nie chodziło właśnie o to, by nas zmęczyć, tak jak on męczy się w czasie treningu? Jeśli tak - udało mu się to w pełni. Do końca mają zostać wyłącznie najwytrwalsi.

Tempo biegu z Murakamim czasem jednak przyśpiesza; gdy biegacz mija nowe, szczególnie barwne postaci pozwalające na odlot myśli, lub gdy autor snuje paralele między biegiem a twórczością pisarską. Jednak dość szybko znów zwalnia; gdy biegacz-pisarz skupia się na tym, jak reguluje szybkość i glębokość oddechu czy rytm uderzeń ramion w trakcie pływania.

Ale właśnie w tak nużących, a intymnych szczegółach czytelnik może poczuć bliskość z pisarzem. Nie jest to lektura, którą polecałbym początkującym murakamistom. Może dać świetne złudzenie obcowania z autorem "Tańcz, tańcz, tańcz", będąc wyłącznie dopełnieniem, a nie esencją. Książka pozostaje lekturą dla wtajemniczonych, wielbicieli, wytrwałych czytelników - biegaczy długodystansowców.

Nagrodą dla tych najwytrwalszych będzie to, co autor powie na sam koniec. Końcowka bowiem okaże się najprawdziwszym dotarciem do mety.

 
Haruki Murakami, Autoportrait de l'auteur en coureur de fond, Belfond, 2009. s. 181

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną