Fragment książki „Najlepszy kraj na świecie”
Norwegia to byli głównie chłopi i robotnicy – do tego garstka intelektualistów, zażenowanych tym, że utrzymują się z myślenia i pisania.
Okładka książki „Najlepszy kraj na świecie”
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

Okładka książki „Najlepszy kraj na świecie”

Nous l’avons tant-aimée, la révolution (Tak bardzo kochaliśmy rewolucję) – zadeklarował legendarny Dany le Rouge, który podpalał Paryż w 1968 roku. Z norweskimi buntownikami rzecz się miała inaczej. Młodzieżowa rewolta 1968 roku nie wprawiła Norwegii w stan wrzenia. Nie było barykad, formacji paramilitarnych ani latarni, z których zwisali poeci na tle zachodzącego słońca. Podczas gdy Paryż płonął, Berkeley protestował, Praga krwawiła, a Monachium tolerowało życiodajne impulsy chuligaństwa, norwescy rewolucjoniści zajmowali się głównie gadaniem. Oczywiście zarówno duch, jak i słowa były przy tym, jak zawsze w Norwegii, „rewolucyjne”. Wyrażało się to w buńczucznej, ogłuszającej formie, dźwiękowo podobnej do kompozycji Griega W grocie Króla Gór, w politycznym crescendo, które zagłuszało wszelką swobodną dyskusję. Aktywiści rewolty ’68 byli brutalni, gniewni i mieli rację. Jak to wyraził norweski pisarz i poeta André Bjerke:

Gniewny rację ma i basta.
Co powiedział, to się liczy –
jak nie – spuści psa ze smyczy
lub na miejscu się pochlasta!

Był to czas, kiedy światowej sławy filozof Arne Nass, twórca „głębokiej ekologii”, twierdził, że nie chce już być profesorem, bo ma w nosie tytuły i elitarną spuściznę kulturową. Czas, gdy mieszczaństwo traktowano nie jako klasę społeczną, lecz jako chorobę. Lekiem na tę chorobę w Skandynawii miał być ponowny romans inteligencji z ludem. Była to też epoka, kiedy studenci nie chcieli czytać prac Arystotelesa, bo ten nie pisał nic o walce klas. Humanizm, rozumiany jako „model opresji” i „abstrakcyjna przemoc”, nosił haniebne piętno „mieszczańskości”. Twórczość Edwarda Muncha także uznano za mieszczańską, ponieważ na jego obrazach nie było końskiego łajna. Młode mamusie z AKP wyklejały wnętrza wózków dziecięcych portretami Stalina.

Był to radosny i bohaterski czas, nawet jeżeli z dzisiejszej perspektywy cała ta leninowsko-maoistowska odyseja przypomina heroiczny francuski ruch oporu z brytyjskiej komedii – serialu ‘Allo ‘Allo! I byłaby nieszkodliwą farsą, gdyby nie przyczyniła się wydatnie do wyjałowienia norweskiej kultury w ciągu następnych dwudziestu lat. Gdyby komuniści na uniwersytetach nie próbowali zniszczyć władzy profesorów, obsadzając na kierowniczych stanowiskach technokratów i ekonomistów, którzy myśleli mniej, marudzili mniej i nie komplikowali życia moralnością. Gdyby nie uważano moralności za burżujski wymysł i nie brzydzono się kulturą wyższą. Gdyby tych, którzy wskazywali na brutalność lub niewolnictwo w marksistowsko-leninowskich utopiach, nie piętnowano jako „burżuazyjne hieny”.

W 1968 roku można to było spokojnie robić we Francji, ponieważ Francja miała krzepkie – a przy tym megaaroganckie – mieszczaństwo i arystokrację, które umiały odpłacić pięknym za nadobne, broniąc tym samym równowagi. Norwegia zaś to byli głównie chłopi i robotnicy – do tego garstka intelektualistów, zażenowanych tym, że utrzymują się z myślenia i pisania. W tym kulturowym kontekście dobrowolna i entuzjastyczna metamorfoza tej elity w proletariat to spektakularny i komiczny przykład kulturowego harakiri.

Można zarzucić mi, że pominęłam osiągnięcia norweskich lewaków, którzy wspierali prawa gejów, kobiet tudzież ochronę środowiska. Albo że nie dostrzegam ich romantycznego entuzjazmu. W wywiadzie poświęconym swojej książce Mao, min Mao (2005) lewicowy dziennikarz Hans Petter Sjoli mówi, że norweskie elity radykalne „ożywiał polityczny zapał, którego wielu mogłoby im pozazdrościć, mimo że ich praxis i słabość do totalitaryzmu to dla nas dziedzictwo niepożądane”. A w ogóle to „norwescy marksiści byli właściwie całkiem poczciwi i niegroźni. […] Pragnęli jakiejś wyzwoleńczej misji, w której byliby bohaterami ludu”.

Ta uspokajająca diagnoza wymazuje werbalny zapał aktywistów ’68, z jakim upiększali totalitarną przemoc lub usprawiedliwiali ją jako „zło konieczne”. Dzisiejsze zachodnie elity skrajnej lewicy – te same, które często potępiają nazistowskie sympatie Knuta Hamsuna – zapominają, że same przyklaskiwały ludobójstwu w Sowietach i Chinach i przymykały oczy na bestialstwa stalinizmu oraz maoizmu z takim samym zawziętym uporem, z jakim Hamsun podziwiał Hitlera. Różnica między nimi jest taka, że Hamsun został skazany za swój romans z totalitarnym potworem, podczas gdy norweskim maoistom wszystko uszło na sucho.

Uniknęli też oni odpowiedzialności za tabloidyzację norweskiej kultury. Norweska urawniłowka – piękne rosyjskie słowo na niwelację poziomu – pasowała do kultury silnie egalitarnej. Jednak pod pewnym względem norwescy lewacy zdecydowanie stanowili ewenement. Mam na myśli cechę, którą renesansowy pisarz Etienne de la Boétie określił jako „dobrowolne zniewolenie” – w ludzkiej cywilizacji, która z pozoru zdominowana jest przez tendencje wolnościowe. W swoim Discours de la servitude volontaire [Rozprawa o dobrowolnej niewoli] (1576) Boétie rozważał kwestię, co czyni z ludzi „chętnych niewolników”, i doszedł do wniosku, że oprócz strachu skłania ich do tego potrzeba akceptacji ze strony podobnych sobie i chęć ucieczki przed odpowiedzialnością. Czterysta lat później polski pisarz i noblista Czesław Miłosz analizował to samo zjawisko w Zniewolonym umyśle (1953), niezrównanym studium pokusy totalitaryzmu. Miłosz odsyłał do fikcyjnej postaci mongolskiego filozofa Murti-Binga, który wynalazł pigułkę przenoszącą światopogląd drogą organiczną. Pigułka ta dawała ludziom spokój i szczęście. Przykładem była gosposia Stalina, której zadaniem było zaparzanie wielkiemu przywódcy herbaty. Na imię miała Olga. Nawet w więzieniu nie przestała uwielbiać Stalina. Miłosz twierdził, że komunizm był czymś w rodzaju pigułki Murti-Binga: opierał się na dialektyce paraliżującej ludzki umysł, który – porażony – podobny był do gąsienicy pełnej jajek złożonych w jej ciele przez jadowite owady. Pomyślmy tylko: w 1968 roku polscy studenci zrewoltowali się przeciw komunizmowi i Murti-Bingowi. I w tym samym 1968 niektórzy wolni i demokratyczni Norwegowie z leninowsko-polpotowskimi jajeczkami w głowach tęsknili za światem, w którym zamieniliby się w armie pełzających ludzkich robaków. To nie jest jakieś moje urojenie. To jest zjawisko, które Erich Fromm opisał w swojej niezmiennie aktualnej książce Ucieczka od wolności (1941).

***

Nina Witoszek, Najlepszy kraj na świecie, tłum. Mariusz Kalinowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 200

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną