Recenzja płyty: Wolfmother, "Cosmic Egg"

Wolfmother pięknie łomocze
Chciałoby się zerwać marynarę i machać do rytmu.

Gdyby nie data na okładce, można by pomyśleć, że muzyka na tej płycie powstała na przełomie lat 60. i 70. tamtego wieku, a nagrał ją jakiś zapatrzony w Black Sabbath czy Zeppelinów zespół. Zapatrzenie się zgadza, ale nie data. Płyta „Cosmic Egg” australijskiej grupy Wolfmother ukazała się w październiku b.r. Wolfmother to zespół, ale tak naprawdę spiritus movens tej zmieniającej skład trzyosobowej formacji to kompozytor, gitarzysta i wokalista Andrew Stockdale.

„Cosmic Egg” to drugi album zespołu z Sydney, równie dobry jak pierwszy. Nagrano go już nie na antypodach, a w Los Angeles, ponieważ Ameryka doceniła pierwszą płytę Australijczyków, przyznając im nagrodę Grammy w kategorii „hard rock performance” za 2006 r. Do właściwego słuchania Wolfmother potrzebna jest dająca się porządnie rozkręcić aparatura i wyrozumiali współlokatorzy i sąsiedzi. Dwanaście (a na edycji deluxe nawet szesnaście) kawałków wymyślonych przez Stockdale’a to parada hardrockowych patentów sprzed dziestu lat, ale wykonanych z taką pasją i fachowością, że aż chciałoby się zerwać marynarę i machać do rytmu.

Wolfmother, Cosmic Egg, Universal 2009

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną