Recenzja płyty: Andy, "11 piosenek"

Dziewczyny z czadem i wykopem
Mieszanka melodyjnego hałasu i literackiej wrażliwości robi wrażenie niebywałe

Żeńska kapela rockowa to u nas wciąż osobliwość. I tak traktuje się krakowski kwartet Andy. Typowe instrumentarium (dwie gitary, bas, perkusja), ostry wokal plus energia, która najlepiej objawia się na koncertach. Ania Dziewit, Joasia Hedemann, Kasia Krawczyk i Bożena Pająk koncertują już od 2001 r. W Polsce i nie tylko. Wzbudzają słuszny aplauz od początku, ale debiutancka płyta ukazała się dopiero teraz.

Dobrze nagrane i z talentem wymyślone piosenki są tu podane delikatniej niż na występach na żywo, a szkoda, bo na koncertach dziewczyny potrafią być eksplozją nie tylko białogłowskiej urody, ale i rockowego czadu. Mieszanka melodyjnego hałasu i literackiej wrażliwości robi wrażenie niebywałe, jak Clash pożeniony z Broniewskim. I, na szczęście, płyta to oddaje. Andy nie musi zazdrościć niczego anglosaskim koleżankom. No, może poza honorariami.

Andy, 11 piosenek, Universal

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną