Recenzja płyty: Jerry Lee Lewis, "Mean Old Man"

Znowu niedaleko od Stonesów
Starszy pan nie chce się poddawać. Tuż przed 75. urodzinami artysty ukazała się jego nowa płyta.
materiały prasowe

Do Jerry’ego Lee Lewisa mam słabość od lat. Urzekał mnie swoimi szaleńczymi rock and rollami i porywającą grą na fortepianie. Tego kredytu zaufania wystarczało, bym mu wybaczał nieznośnie tradycyjne i łzawe ballady w stylu country, których zaśpiewał niezliczoną ilość. 29 września tego roku Lewis skończył 75 lat i mógłby już od dłuższego czasu spoczywać na laurach. Ale starszy pan nie chce się poddawać.

Tuż przed urodzinami artysty ukazała się jego nowa płyta „Mean Old Man”. Obok Lewisa, podobnie jak w przypadku Wooda, pojawia się tu plejada wielkich nazwisk. Można wybierać, co kto lubi: Keith Richards, Mick Jagger, Ron Wood, Sheryl Crow, Merle Haggard, Robbie Robertson, Eric Clapton, Ringo Starr, John Fogerty, Willie Nelson, Kid Rock – imponujące, prawda? I tak jak w ciągu kilkudziesięcioletniej kariery mistrza przeplatają się na tej płycie dynamiczne rock and rolle („Rockin’ My Life Away”, „Roll Over Beethoven”) z bezwstydnie staromodnymi pieśniami country. Pewnej pikanterii tym country’owym popisom Lewisa dodaje fakt, że dwa z nich, mianowicie „Sweet Wirginia” i „Dead Flowers”, to utwory autorstwa Micka Jaggera i Keitha Richardsa!

Miłośnikom talentu Jerry’ego Lee Lewisa i takich gwiazdorskich spędów zwracam uwagę na wersję deluxe, zawierającą dodatkowe piosenki.

Jerry Lee Lewis, Mean Old Man, Verve Forecast 2010

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną