Muzyka

Wilk bez zębów

Recenzja płyty: Garou, „Version integrale”

materiały prasowe
Popowa superprodukcja, jakich mało znajdziemy w całym obszarze frankofońskim.

Jeśli spojrzymy na karierę Kanadyjczyka o strasznym (od słowa „wilkołak”) pseudonimie, musimy uznać Polskę za kraj frankofoński. Jesteśmy jedynym miejscem, gdzie twórcę „Gitan” ukochano bezwarunkowo – tak jak w krajach francuskojęzycznych. Tym razem nasza narodowa skłonność do pieśni festiwalowych nałożyła się na irracjonalne przeświadczenie, że to, co z Francji, z natury musi być bardziej wyrafinowane. Tymczasem, merde!, nic z tego: co się sprawdza w wypadku serów i wina, tutaj nie działa.

Od strony pracy studyjnej nowa, szósta płyta Garou to popowa superprodukcja, jakich mało znajdziemy w całym obszarze frankofońskim. Od strony zamysłu – poza ciekawym momentem w finale („La scène”) – banalny album piosenkowy uderzający w męsko-liryczny ton Ryszarda Rynkowskiego i pokazujący dość anachroniczny model śpiewania. Owszem, są tacy, co za tym tęsknią. Ale to, co im się spodoba, dla innych będzie niekończącą się torturą. Jakby ich gryzł wilkołak bez zębów.

Garou, Version integrale, Sony

Polityka 06.2011 (2793) z dnia 05.02.2011; Afisz. Premiery; s. 61
Oryginalny tytuł tekstu: "Wilk bez zębów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Młodzi: monogamia to tylko jedna z opcji

Amelia chętnie słucha, gdy jej chłopak opowiada, jak mu się udała randka z drugą dziewczyną. Dla coraz większej liczby młodych monogamia przestaje być normą. Staje się tylko jedną z opcji.

Norbert Frątczak
11.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną