Muzyka

Bogini cyborgini

Recenzja płyty: Janelle Monáe, „The Electric Lady”

materiały prasowe
Bogata w melodie płyta eksponująca te bardziej staroświeckie zalety czarnej muzyki.

Zacznijmy mocno, jak sama Janelle Monáe: jej debiutancki album uznaliśmy trzy lata temu w POLITYCE za zagraniczną płytę roku. Błysnęła w dziedzinie soulu i funku talentem na miarę Steviego Wondera i olbrzymimi ambicjami, przedstawiając nie tyle płytę, ile całą muzyczną historię o podróżach w czasie kobiety-cyborga z feministyczną rewolucją w tle. „The Electric Lady” z wizerunkiem Janelle jako androida (powielonego tu na wzór okładki „Electric Ladyland” Hendrixa) to kontynuacja tamtej opowieści. Ale muzycznie w dużej mierze jej zaprzeczenie – próżno szukać tu innowacji, to bogata w melodie płyta eksponująca te bardziej staroświeckie zalety czarnej muzyki. Olbrzymi (19 utworów) i różnorodny materiał może się początkowo wydać rozczarowujący, dopóki nie wyłuskamy z niego ulubionych momentów, subtelności, często ginących w aranżacjach 27-letniej Monáe, która – to może przypadłość wieku – ma skłonności do przesady. Ważne, że nie gościnny udział Prince’a, Erykah Badu czy Solange czynią tę płytę interesującą, tylko sama autorka. Już nie w tak spektakularny sposób, ale wciąż zostawia w tyle konkurencję.

 

Janelle Monáe, The Electric Lady, BadBoy/Wondaland

Polityka 38.2013 (2925) z dnia 17.09.2013; Afisz. Premiery; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Bogini cyborgini"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną