Muzyka

Jej bigbit

Recenzja płyty: Ania Rusowicz, „Genesis”

Universal Music / materiały prasowe
Płyta zdradza mocniejsze inspiracje zachodnim rockiem psychodelicznym niż rodzimym bigbitem.

Poprzednią płytę Ani Rusowicz „Mój Big-Bit” zapamiętaliśmy głównie dzięki nowym wersjom dawnych piosenek jej matki, Ady Rusowicz. „Genesis” to już w pełni autorska propozycja Ani, choć wciąż jest efektem tej samej fascynacji klimatem lat 60. Bardzo to hipisowskie, psychodeliczne, mocne i liryczne zarazem. Choćby piosenka „Co z tego mam?” – na początku przesłodko śpiewana a cappella, przechodzi potem z frazy na frazę w coraz potężniejsze brzmienie, niczym chóralna końcówka „You Can’t Always Get What You Want” Stonesów. Albo „Anioły” z anielską melodią, ale gitarowym podkładem jakby z Hendrixa. Tu i ówdzie pojawia się też estetyka bardzo przypominająca piosenki Jefferson Airplane. Płyta zdradza mocniejsze inspiracje zachodnim rockiem psychodelicznym niż rodzimym bigbitem, choć w „Polnych kwiatach” mamy gitarowy riff z „Gdybyś kochał” Breakoutów, zaś piosenka „To co było” brzmi jak bigbitowy evergreen Niebiesko-Czarnych. Tak czy siak to rzeczywiście bigbit nie do pomylenia, bigbit Ani Rusowicz.

 

Ania Rusowicz, Genesis, Universal Music

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną