Recenzja płyty: Anna Calvi, „One Breath”

Wielka autorka
Zdolną Angielkę o włoskich korzeniach i niepokojącej urodzie aktorek z filmów Davida Lyncha oklaskiwano już dwa lata temu przy okazji debiutu.
materiały prasowe

Wśród jej zwolenników był Nick Cave – nic dziwnego, przypominała rockową ekspresją PJ Harvey, jego dawną miłość i osobę bliską, jeśli chodzi o muzyczne rejony. Drugi album zostawia gdzieś na marginesie podobieństwa do Harvey. Anna Calvi zaczyna na „One Breath” z wysokiego emocjonalnie poziomu i utrzymuje to napięcie do końca. Śpiewa przepiękne, romantyczne i zarazem nowoczesne pieśni w stylu Goldfrapp, tyle że na rockowo. Nawiązuje do wokaliz ze ścieżek dźwiękowych Ennia Morricone, a nawet do swojej ulubionej Édith Piaf. A wszystko to uzupełniają dalekie od rockowej siermięgi linie smyczkowe Fiony Brice, która pracę dla Placebo przeplatała ostatnio aranżowaniem smyczków na świetne albumy Johna Granta. Choć przecież partie skrzypiec, podobnie jak gitary, mogłaby zagrać sama Calvi – wszechstronna i niezależna, wielka już dziś autorka w pełnym tego słowa znaczeniu.

 

Anna Calvi, One Breath, Domino

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną