Recenzja płyty: Slipknot, ".5: The Gray Chapter"

Uwaga! Wysokie napięcie!
Sześcioletnia przerwa w żadnym stopniu nie odebrała Slipknotowi dynamiki, wigoru i potęgi brzmienia.
materiały prasowe

Wydawałoby się, że zamaskowani amerykańscy metalowcy z zespołu Slipknot nie mogą mieć nic wspólnego z irlandzkim bardem Damienem Rice’em. A jednak – oni też niegdyś pracowali z producentem Rickiem Rubinem, a także, podobnie jak Rice, kazali swoim fanom bardzo długo czekać na swój kolejny album. Co prawda nie 8, a 6 lat, ale w branży muzycznej to niemal wieczność. Cierpliwość wiernych miłośników agresywnego metalu zespołu została właśnie nagrodzona płytą „.5: The Gray Chapter”. Slipknot nie zawodzi swoich fanów. Są oczywiście czteroliterowe niecenzuralne słowa, są niebezpieczne tytuły z diabłami, piekłem, mordem i innymi nieodzownymi atrybutami i, naturalnie, gwałtowna, agresywna porcja muzyki, wymagającej od nieobeznanych z nowym metalem słuchaczy sporej odporności. Tej zapewne nie brakuje miłośnikom gatunku, którzy z zachwytem pochłoną nie tylko zestaw 14 piosenek z podstawowego wydania, ale też te dodatkowe z edycji luksusowej. Sześcioletnia przerwa w żadnym stopniu nie odebrała Slipknotowi dynamiki, wigoru i potęgi brzmienia.

 

Slipknot, .5: The Gray Chapter, Roadrunner

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną