Recenzja płyty: D’Angelo and the Vanguard, „Black Messiah”

Czarna przeszłość
Płyta zaskakuje i pozytywnie się wyróżnia w czasach, gdy soulowe produkcje są z reguły mocno podbite elektronicznym rytmem.
materiały prasowe

Jeśli ktoś nie wie, że Michael Eugene Archer – zwany D’Angelo – jest jedną z najważniejszych postaci soulu i R&B, to pewnie dlatego, że ten długo nie dawał o sobie znać. Po ostatniej, uznanej za arcydzieło, płycie „Voodoo” pracował aż 14 lat nad kolejną. Czekano na nią jak na zbawienie, stąd może pomysł z Czarnym Mesjaszem w tytule – po trosze jest to też pewnie gra na nosie Kanye Westowi, innej ikonie afroamerykańskiej sceny, który niedawno wydał album „Yeezus”. Na tej scenie wypada się przechwalać. Ważne, by – jak D’Angelo – choć po części spełniać obietnice. „Black Messiah” jest spójny jak na zbiór dość różnorodnych piosenek, od funkowych nagrań w stylu Prince’a czy Sly&The Family Stone po liryczne ballady śpiewane głosem o wysokim i bardzo nosowym brzmieniu. Łączy je bowiem tradycyjne podejście do stylu. To zaskakuje i pozytywnie się wyróżnia w czasach, gdy soulowe produkcje są z reguły mocno podbite elektronicznym rytmem. Dodatkowo zestaw niesie, jak to bywało na klasycznych płytach R&B, sygnał społecznego zaangażowania: gdy już D’Angelo wyznaczył premierę na 2015 r., zobaczył skalę zamieszek po sprawie zabitego nastolatka w amerykańskim Ferguson. I z dnia na dzień zdecydował wypuścić album jeszcze przed świętami, przenosząc zgrabnie ten buntowniczy nastrój z ulicy na plan nieco bardziej refleksyjny, artystyczny.

D’Angelo and the Vanguard, Black Messiah, RCA

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną