Recenzja płyty: Marcin Masecki, „Beethoven, Ostatnie sonaty fortepianowe”

Co z tym Beethovenem
Na płycie Masecki stanął jakby w pół drogi.
materiały prasowe

Z punktacji wyciągam średnią: jeśli mieliby to oceniać koneserzy stylistyki wykonawczej, oceniliby zapewne niezbyt wysoko (choć mimo wszystko słyszalna jest sprawność pianistyczna artysty), jeśli zaś ci, którym podobają się pomysły Marcina Maseckiego na odświeżenie spojrzenia na muzykę klasyczną (jak w „Sztuce fugi”) – dużo wyżej. Osobiście jestem pośrodku, bo nie do końca rozumiem, o co tu pianiście chodziło. Przyjęta estetyka „lo-fi”, w przeciwieństwie do hi-fi, jest nieprzekonująca, bo skromne pianino, na którym artysta nagrał trzy ostatnie sonaty Beethovena, może w brzmieniu przypominać po prostu instrument historyczny. Z drugiej strony fakt, że pianista nagrał te utwory z zatkanymi uszami, próbując sobie wyobrazić, co czuł głuchy kompozytor, niewielki ma wpływ na efekt – to, w jaki sposób stylizuje (skromnie zresztą) swoją grę, opiera się raczej na opisach zawartych w listach i wspomnieniach świadków epoki. Odważniejszy i w sumie ciekawszy był jednak eksperyment przeprowadzony przez Maseckiego rok temu, w którym w swoje wykonanie włączył elektroniczne zniekształcenia dźwięków, by pokazać, co naprawdę mógł słyszeć głuchnący Beethoven. Nie było to doświadczenie miłe w słuchaniu, ale nietuzinkowe i poglądowe. Na płycie Masecki stanął jakby w pół drogi.

Marcin Masecki, Beethoven, Ostatnie sonaty fortepianowe, Lado ABC

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną