Recenzja płyty: Mike Flanigin, „The Drifter”

Bardzo przyjemny debiut
Brzmienie organów Hammonda zapewnia każdemu z nagrań ujmujące ciepło i nastrój.
materiały prasowe

W przypadku Mike’a Flanigina można użyć filmowego określenia „mistrz drugiego planu”. Flanigin nie jest wokalistą ani frontmanem żadnego zespołu, a jednak jego debiutanckiej płyty „The Drifter” słucha się z niekłamaną przyjemnością. Pochodzący z Teksasu muzyk gra na organach Hammonda i od ponad 20 lat występuje w klubach i na festiwalach, niejednokrotnie akompaniując wielkim gwiazdom świata bluesa. Artysta w końcu zdecydował się nagrać autorską płytę. Skompletował repertuar, składający się głównie z własnych kompozycji i, jak to często bywa w przypadku nieśpiewających instrumentalistów, zaprosił do studia kilku znajomych, którzy zgodzili się stanąć przy mikrofonie. Warto podkreślić, że to nie byle jacy znajomi: Gary Clark Jr, Jimmie Vaughan, Alejandro Escovedo, Billy Gibbons. Na szczęście obecność tych wielkich nazwisk nie przyćmiewa talentu gospodarza, a brzmienie jego Hammonda zapewnia każdemu z nagrań ujmujące ciepło i nastrój.

Mike Flanigin, The Drifter, Black Betty Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną