Recenzja płyty: Tortoise, „The Catastrophist”

Świadomi katastrofy
Siedmioletnia przerwa nie przysłużyła się ich muzyce – trudno sobie wyobrazić w wykonaniu tych wybitnych stylistów płytę bardziej miałką i pozbawioną świeżych inspiracji niż „The Catastrophist”.
materiały prasowe

Amerykańska grupa Tortoise, jak opisywany obok Zimpel, również fascynuje się minimalizmem. Ten bardzo ważny w latach 90. zespół nagrywał wtedy długie, transowe, ale zarazem przejrzyste aranżacyjnie instrumentalne utwory, swoją siłę opierając na finezyjnej grze dwóch perkusistów: Johna Herndona i Johna McEntire’a, a przede wszystkim zręcznie wprowadzanych do rockowego składu brzmień wibrafonu czy marimby. Bardzo chętnie naśladowani i zapraszani do współpracy przez innych artystów muzycy chicagowskiej formacji zaczęli się stopniowo tą konwencją nudzić, grać współcześnie brzmiący rock progresywny, a potem zamilkli na lata. Siedmioletnia przerwa nie przysłużyła się ich muzyce – trudno sobie wyobrazić w wykonaniu tych wybitnych stylistów płytę bardziej miałką i pozbawioną świeżych inspiracji niż „The Catastrophist”. Pogrążają ten album kompozycje, nie ratują ani syntetyczne brzmienia, ani współpraca z wokalistami – Georgią Hubley śpiewającą w „Yonder Blue” czy Toddem Rittmanem wykonującym standard „Rock On”. Choć tytuł sugeruje, że zachowali chociaż świadomość tego, jak słaba jest ich oferta.

Tortoise, The Catastrophist, Thrill Jockey

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną