Recenzja płyty: Bloodiest, „Bloodiest”

Nie taki diabeł straszny
Diabeł, który maczał palce w tworzeniu tej płyty, raczej fascynuje, niż odstrasza.
materiały prasowe

Niektórzy z pozoru otwarci na świat dźwięków miłośnicy muzyki jak diabeł święconej wody boją się metalu we wszelkich jego postaciach. To zresztą dość paradoksalne porównanie, gdyż są tacy, którzy właśnie w metalowym graniu widzą/słyszą rękę szatana. Czasem jednak warto zapomnieć o uprzedzeniach i dać się przekonać do posłuchania metalowego tego czy owego. Na przykład albumu „Bloodiest” firmowanego przez grupę o tej samej nazwie. Ten sekstet rodem z Chicago jest rodzajem supergrupy, gdyż w jego skład wchodzą członkowie kilku innych zespołów. Muzyka Bloodiest to nie bezmyślne, efekciarskie „wymiatanie”. Tu przeplatają się fragmenty dynamiczne z nastrojowo-transowymi, chwilami przywodzącymi na myśl dźwięki znane z twórczości Pink Floyd. Wokalista Bruce Lamont potrafi się wydrzeć tak, że ciarki chodzą po plecach – szczególnie w znakomitym, blisko ośmiominutowym „The Widow”. Ale diabeł, który maczał palce w tworzeniu tej płyty, raczej fascynuje, niż odstrasza.

Bloodiest, Bloodiest, Relapse

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną