Muzyka

Debiut trochę lepszy

Recenzja płyty: No Sinner, „Old Habits Die Hard”

materiały prasowe
Głos Coleen Rennison nadal brzmi bardzo atrakcyjnie, zespół akompaniuje fachowo i z animuszem.

Mniej więcej dwa lata temu chwaliłem w tym miejscu album „Boo Hoo Hoo”, debiut pochodzącej z Vancouver grupy No Sinner. Centralną postacią zespołu była, i jest nadal, obdarzona mocnym, lekko chropawym głosem, aktorka i wokalistka Coleen Rennison. Z zainteresowaniem czekałem więc na kolejną propozycję grupy. Pod koniec maja pojawiła się płyta „Old Habits Die Hard”. Głos Coleen Rennison nadal brzmi bardzo atrakcyjnie, zespół akompaniuje fachowo i z animuszem. Piosenki zróżnicowane – od dynamicznego otwarcia „All Woman”, przez rockandrollowe, taneczne „Saturday Night”, po nieco refleksyjną balladę „Hollow”. A jednak No Sinner nie uniknął tego, co po angielsku nazywa się sophomore slump, czyli załamania po debiucie. Dodajmy – lekkiego załamania. Dotyczy to przede wszystkim jakości kompozycji. Niemniej potencjał nadal jest, słucha się dobrze, tylko wydaje się, że lepsza byłaby kolejność odwrócona: „Old Habits Die Hard” jako debiut, a „Boo Hoo Hoo” teraz.

No Sinner, Old Habits Die Hard, Provogue

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną