Recenzja płyty: Chris Stapleton, „From a Room, Vol. 1”

Mniej, ale nie gorzej
Otrzymujemy dość skromny zestaw 9 piosenek, z zawartą w tytule sugestią, że będzie ciąg dalszy.
materiały prasowe

Chris Stapleton przez lata zajmował się z sukcesem pisaniem piosenek dla czołowych amerykańskich wykonawców muzyki country. Wydanym w 2015 r. i obsypanym licznymi nagrodami, z Grammy włącznie, debiutanckim albumem „Traveller” wszedł do grona „najgorętszych” wokalistów. Jak to często bywa, umieszczanie artysty w przegródce „country” jest zbytnim uproszczeniem. Słuchacze znajdą w muzyce Stapletona elementy bluesa, southern rocka i innych pokrewnych podgatunków. Jego nowa płyta „From a Room, Vol. 1” niektórych nieco zaskoczy. Po wielkim sukcesie „Travellera” można było oczekiwać imponującego dzieła utrwalającego obecność tego wykonawcy w ekstraklasie. Tymczasem otrzymujemy dość skromny zestaw 9 piosenek, z zawartą w tytule sugestią, że będzie ciąg dalszy. Każdy utwór to jednak zamknięte dziełko, bez względu na to, czy jest to znana z niegdysiejszego wykonania Williego Nelsona ballada „Last Thing I Needed, First Thing This Morning”, czy dynamiczne „Second One to Know”. Do tego jeszcze znakomicie brzmiąca gitara i mamy płytę, która dobitnie dowodzi, że mniej nie znaczy gorzej. Warto czekać na „Vol. 2”.

Chris Stapleton, From a Room, Vol. 1, Decca

Ocena: 4,5/6

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną