Recenzja płyty: Tori Amos, „Native Invader”

Swój wróg
Większości kompozycji z tej płyty brakuje dawnego przekonania i siły.
materiały prasowe

Amerykańska wokalistka i pianistka Tori Amos przez ostatnie lata uciekała w kameralistykę i nobilitującą współpracę z Deutsche Grammophon, a tu miejscami wraca do formuły bliższej muzyce pop, z aranżacjami elektronicznymi, nawet automatem perkusyjnym. I wychodzi jej to zdecydowanie gorzej niż fortepianowe ballady. Nie wybrzmiewa też najlepiej opowieść o niebezpieczeństwie wewnętrznym, którą proponuje w tekstach. W „Up the Creek” woła, by stawić opór ludziom ślepym na zmiany klimatu, w utworze „Russia” (z wersji rozszerzonej płyty) sugeruje rosyjskie wpływy na amerykańskie sprawy. Widać w tym protest przeciw zapleczu Trumpa, przeciw agitatorskiemu ruchowi alt-right, tyle że ten ładunek gniewu i sprzeciwu jest tak delikatny jak cała twórczość Tori Amos. A może nawet słabszy, bo większości kompozycji z tej płyty brakuje dawnego przekonania i siły. Amos śpiewa więc o tytułowym „wewnętrznym najeźdźcy” Ameryki, nie dostrzegając, że własna konwencja stała się wrogiem, a przynajmniej dużym obciążeniem dla niej samej.

Tori Amos, Native Invader, Decca

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną