Recenzja płyty: Kortez, „Mój dom”

Łamanie serc
Czegoś podobnego dawno u nas nie było.
materiały prasowe

Poprzednia, debiutancka płyta Korteza „Bumerang” z 2015 r. okazała się prawdziwym hitem (podwójna platyna, entuzjastyczne recenzje). Ta nowa będzie najpewniej jeszcze większym sukcesem. Przed dwoma laty nikt nie znał chłopaka z Podkarpacia, na którym nie poznali się jurorzy telewizyjnego „Must Be The Music”, dziś Kortez ma status gwiazdy. A na albumie „Mój dom” mamy wszystko, za co fani tę muzykę kochają: aksamitny, znakomicie wyrażający emocje wokal, oszczędną, ale nader wysmakowaną aranżację, bardzo dobre melodie i szlagierowe piosenki („Dobry moment”, „Wyjdź ze mną na deszcz”). Jest to w zasadzie – jak się modnie mówi – „album koncepcyjny”, czyli oparty na czytelnym, spójnym przesłaniu. W tym przypadku przesłaniem jest rozstanie. Temat niby krańcowo banalny, ale z tymi tekstami (brawa dla Agaty Trafalskiej) i z dobrze już znanym tkliwym głosem Korteza nabiera głębokich, nieoczywistych znaczeń. Już sobie wyobrażam, że słuchacze, a zwłaszcza wrażliwe słuchaczki, wzruszają się, a nawet płaczą przy tych piosenkach. I nie dziwię się, bo na tej płycie wszystko podporządkowane jest wcelowaniu w samo serce odbiorcy. Czegoś podobnego dawno u nas nie było.

Kortez, Mój dom, Jazzboy

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną