Recenzja płyty: Jimi Hendrix, „Both Sides of the Sky”

Nie tylko dla kolekcjonerów
Choć od śmierci Jimiego Hendrixa minęło już prawie 50 lat, na rynku wciąż pojawiają się jego nowe płyty.
materiały prasowe

„Nowe” jest w tym wypadku określeniem względnym, gdyż większość tych pozycji to albo kompilacje znanych już nagrań, albo lepszej lub gorszej jakości zapisy występów artysty „na żywo”. W tej gęstwinie wydawanych pośmiertnie tytułów na miano nowej pozycji może zasługiwać właśnie wydany album „Both Sides of the Sky”. Płyta przynosi 13 bardzo dobrej jakości wcześniej niepublikowanych nagrań studyjnych. Całość rozpoczyna świetna wersja bluesowego klasyka „Mannish Boy” Muddy’ego Watersa. Mamy też fascynujące siedmiominutowe wykonanie „Hear My Train A Comin”, doskonały „Georgia Blues”, a także nagrania dokonane ze Stephenem Stillsem („Woodstock” Joni Mitchell z Hendrixem na basie). Rarytasem zamykającym płytę jest natomiast nastrojowe, instrumentalne „Cherokee Mist”. Słyszymy tu Hendrixa grającego na elektrycznym sitarze. „Both Sides of the Sky” to płyta nie tylko dla kolekcjonerów, ale też nie zastąpi genialnych tytułów z lat 60.

Jimi Hendrix, Both Sides of the Sky, Sony

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną