Recenzja płyty: Artur Andrus, „Sokratesa 18”

Niby démodé, a słuchać się chce
Płyta Andrusa daje nadzieję, że festiwalizacja polskiej sceny muzyczno-kabaretowej jeszcze nie dokonała ostatecznych spustoszeń w umysłach suwerena.
materiały prasowe

Wypchnięcie Artura Andrusa z radiowej Trójki szczęśliwie nie zahamowało jego chęci tworzenia. Na rynku pojawiła się nowa nagrana przez niego płyta zatytułowana „Sokratesa 18”. Jak to zwykle u Andrusa, teksty piosenek są dowcipne, chwilami z powiewem absurdu („Ciocia w gablocie”), czasem dopisane do kawałków klasycznych („Stargard in the Night”) czy staromodnie liryczno-egzotyczne („Od Jokohamy do Fujisawy”). Zadziwiające, że Artur Andrus uzyskuje efekt komiczny, ani razu nie używając „grubych” słów (umówmy się, że jedna „dupa” w „Leszku, Synu Kazimierza” jeszcze wiosny nie czyni), unika topornych parodii i aluzji. Jako wokalista Artur Andrus ustępuje nieco Beth Hart, ale jeśli idzie o różnorodność wrażeń i nastrojów „Sokratesa 18” – nie ustępuje, a może i chwilami przewyższa. Płyta Andrusa daje nadzieję, że festiwalizacja polskiej sceny muzyczno-kabaretowej jeszcze nie dokonała ostatecznych spustoszeń w umysłach suwerena.

Artur Andrus, Sokratesa 18, Mystic

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną