Recenzja płyty: Arctic Monkeys, „Tranquility Base Hotel&Casino”

Wypuścili powietrze
Ciekawa, niegłupia, zaskakująca próba zmiany wizerunku, która jednak ze względu na mętne pomysły muzyczne raczej nie wyjdzie zespołowi na zdrowie.
materiały prasowe

W czasach dominacji retro (opowiadającą o tym „Retromanię” Simona Reynoldsa wydano właśnie po polsku) gwiazdy show-biznesu szybciej się starzeją. Ledwie 12 lat po wielkim sukcesie debiutu młodzieńcza grupa Arctic Monkeys wygląda jak grupa starszych panów, a ich płyta brzmi jak album podtatusiałych rockmanów. Owszem, z pewnością świadomie pozbawili swoją muzykę zadziorności i punkowej energii, decydując się na wypuszczenie powietrza i pewną stylizację na rock środka drogi z lat 70., trochę też nawiązując do Pulp. Wskazywałyby na ten zamiar rozliczeniowe teksty 32-letniego Alexa Turnera, dystansującego się wobec młodzieńczych mrzonek („Chciałem być muzykiem The Strokes” – śpiewa w pierwszej linijce), do gwiazdorstwa, a zarazem operującego co rusz kosmicznymi przenośniami – śpiewa np. o gentryfikacji Księżyca, a tytuł albumu odnosi do miejsca pierwszego lądowania na Księżycu. „Tranquility Base Hotel&Casino” to ciekawa, niegłupia, zaskakująca próba zmiany wizerunku, która jednak ze względu na mętne pomysły muzyczne raczej nie wyjdzie zespołowi na zdrowie. Serwis MySpace, który kiedyś zrobił z Arctic Monkeys gwiazdy, wydaje się dziś marką kompletnie zapomnianą. Czyżby Turner i reszta chcieli podążyć tą samą drogą?

Arctic Monkeys, Tranquility Base Hotel&Casino, Domino

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną