Muzyka

Rock po Bowiem

Recenzja płyty: Anna Calvi, „Hunter”

materiały prasowe
Słychać na płycie, że Calvi bardzo pilnie przerabiała przez ostatnie lata schedę po Davidzie Bowiem.

Z superzdolnej debiutantki Anna Calvi zmieniła się niepostrzeżenie w wykonawczynię, od której wymaga się już tylko wielkich czynów i wybitnych albumów. Na to wskazują pierwsze reakcje na jej trzecią płytę „Hunter”. Tymczasem jedyne, co angielska wokalistka tu potwierdza, to status aktorki charakterystycznej brytyjskiej sceny. Trochę jak z soundtracków Ennio Morricone (te imponujące wokalizy), trochę jak z „Miasteczka Twin Peaks” (ten mroczny klimat). Kto oczekuje od niej nowych pomysłów na siebie, jakie miała na tym etapie kariery na przykład PJ Harvey, jasny wzorzec i punkt odniesienia, może się rozczarować nową płytą. Słychać za to, że Calvi bardzo pilnie przerabiała przez ostatnie lata schedę po Davidzie Bowiem. Nie tylko wzięła udział w płycie-hołdzie dla zmarłego artysty (nagranej przez Jhereka Bischoffa i Amandę Palmer), ale w kilku nagraniach na nowym albumie – choćby w utworze tytułowym – przenosi nas do lat 70. W świat późnego glam rocka, właśnie Bowiego, no i jeszcze zespołu Roxy Music. Zbyt to wyrafinowane, by ją wywindować na listach bestsellerów, ale przynosi nieco ciekawego nowego materiału do grania na koncertach – już w listopadzie Calvi gra w Warszawie.

Anna Calvi, Hunter, Domino

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną