Recenzja płyty: Tony Joe White, „Bad Mouthin”

Antystresowa muzykoterapia
To płyta, na którą trzeba znaleźć stosowny czas i moment, bez niecierpliwości, za co w nagrodę na zakończenie otrzymamy piękną, senną interpretację Elvisowego „Heartbreak Hotel”.
materiały prasowe

Jeżeli ktoś szuka antidotum na wszechogarniający nas zgiełk, ciągłą pogoń za milionem króliczków i wynikające z tego wszystkiego permanentne podenerwowanie, powinien sięgnąć po album zatytułowany „Bad Mouthin’”. Wykonawcą jest introwertyczny mruczek z Luizjany Tony Joe White. Obok utworów własnych, takich jak tytułowy „Bad Mouthin’”, wykonuje kilka swoich wersji znanych kawałków bluesowych. Wszystko nagrane ascetycznie, bez wielkiej produkcji. Głosowi wokalisty towarzyszy jedynie akustyczna gitara i harmonijka ustna, okazjonalnie odzywa się bas i perkusja. Całość brzmi niemal jak prywatne domowe nagranie, zarejestrowane bez zamiaru późniejszej publikacji. White zaprasza słuchacza do swojego intymnego świata, w którym nikt się nie spieszy i niepotrzebnie nie hałasuje. Wystarczy posłuchać leniwie toczącej się wersji słynnej kompozycji „Baby Please Don’t Go”, znanej z wielu niemal wybuchowych wykonań, by zrozumieć intencje autora. „Bad Mouthin’” to płyta, na którą trzeba znaleźć stosowny czas i moment, bez niecierpliwości, za co w nagrodę na zakończenie otrzymamy piękną, senną interpretację Elvisowego „Heartbreak Hotel”.

Tony Joe White, Bad Mouthin’, Yep Roc

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną