Muzyka

Antystresowa muzykoterapia

Recenzja płyty: Tony Joe White, „Bad Mouthin”

materiały prasowe
To płyta, na którą trzeba znaleźć stosowny czas i moment, bez niecierpliwości, za co w nagrodę na zakończenie otrzymamy piękną, senną interpretację Elvisowego „Heartbreak Hotel”.

Jeżeli ktoś szuka antidotum na wszechogarniający nas zgiełk, ciągłą pogoń za milionem króliczków i wynikające z tego wszystkiego permanentne podenerwowanie, powinien sięgnąć po album zatytułowany „Bad Mouthin’”. Wykonawcą jest introwertyczny mruczek z Luizjany Tony Joe White. Obok utworów własnych, takich jak tytułowy „Bad Mouthin’”, wykonuje kilka swoich wersji znanych kawałków bluesowych. Wszystko nagrane ascetycznie, bez wielkiej produkcji. Głosowi wokalisty towarzyszy jedynie akustyczna gitara i harmonijka ustna, okazjonalnie odzywa się bas i perkusja. Całość brzmi niemal jak prywatne domowe nagranie, zarejestrowane bez zamiaru późniejszej publikacji. White zaprasza słuchacza do swojego intymnego świata, w którym nikt się nie spieszy i niepotrzebnie nie hałasuje. Wystarczy posłuchać leniwie toczącej się wersji słynnej kompozycji „Baby Please Don’t Go”, znanej z wielu niemal wybuchowych wykonań, by zrozumieć intencje autora. „Bad Mouthin’” to płyta, na którą trzeba znaleźć stosowny czas i moment, bez niecierpliwości, za co w nagrodę na zakończenie otrzymamy piękną, senną interpretację Elvisowego „Heartbreak Hotel”.

Tony Joe White, Bad Mouthin’, Yep Roc

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną