Muzyka

Fanatycy i heretycy

O lękach Iana Curtisa.

Bez Joy Division muzyka lat 80. nie byłaby taka, jaką była, bez Joy Division i dzisiaj muzyka byłaby uboższa, inna. Ten zespół to legenda. Nie dziwi więc idea, by nasi artyści, w jej hołdzie, nagrali płytę z dawnymi utworami we współczesnych interpretacjach. Dziwi, że stało się to tak późno. Wszak Joy Division na początku swej działalności nazywali się Warsaw. To zobowiązuje.

Ale płyta jest i to cieszy, bo chociaż niektóre utwory diametralnie odbiegają od pierwowzorów, to jest jednak udana. Oddaje gęstą i mroczną atmosferę, przypomina o lękach, depresjach, frustracjach lidera Iana Curtisa, który przypłacił je samobójczą śmiercią. Lękach, które wtedy zresztą były dość powszechne. Lata 80. to wszak apogeum ideologicznego zwątpienia wyrażanego punkowym jeszcze hasłem no future. To wszystko na tej płycie jest i brzmi. A było to trudne wyzwanie.

Może dlatego najlepiej wypadają weterani sceny alternatywnej. Muzycy, którzy wtedy na żywo przetrawiali muzykę Joy Division, inspirowali się nią bądź po prostu byli pod jej urokiem. Szczególne brawa dla Bułgarów, Komet, Tymona. No i Agressivy 69. Ich wersja „Isolation” to prawdziwy majstersztyk. Ćwierć wieku temu, znając oryginał i tę wersję, niektórzy mogliby się skłaniać ku tej nowej. Herezja? Siouxsie ładniej od Beatlesów zaśpiewała „Dear Prudence”, Nouvelle Vague „Too Drunk Too Fuck” Kennedysów. A przykłady można by mnożyć...
 

warszawa, tribute to joy division, kuka records 2007
 

   

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną