Recenzja płyty: Lynyrd Skynyrd, "God&Guns"

Lynyrd Skynyrd jak zawsze
12 premierowych kawałków - fantastyczne brzmienie

Są w światku artystycznym wykonawcy, którzy mimo upływu czasu potrafią zainteresować swoją muzyką kolejne pokolenia słuchaczy. Nie tylko zyskują nowych zwolenników, ale też konsekwentnie dbają o dawnych fanów, utrzymując wysoką formę i nie poddając się różnym sezonowym modom. Do takich wykonawców można spokojnie zaliczyć amerykańską formację Lynyrd Skynyrd.

Od swego płytowego debiutu w 1973 r., mimo burzliwych kolei losu, Lynyrd Skynyrd prezentuje niezmiennie energiczne, mocne gitarowe granie, niezmiennie kwalifikujące ich muzykę do przegródki z napisem „Southern Rock”. Właśnie ukazała się nowa płyta Lynyrd Skynyrd, „God&Guns”. Choć z oryginalnego składu grupy ostał się jedynie gitarzysta Gary Rossington, nic nie wskazuje na to, by styl zespołu miał ulec zmianie. 12 premierowych kawałków brzmi tak, jak Lynyrd Skynyrd brzmieć powinien. Ta konsekwencja stylistyczna jest też słabością zespołu, gdyż można im zarzucić wielokrotne powielanie własnych pomysłów, ale dla zwolenników southern rocka nie ma to zbytniego znaczenia. Jest ostro, szorstko i gitarowo.

Wersja specjalna „God&Guns” oferuje drugi dysk z sześcioma dodatkowymi utworami, w tym z koncertową, nie wiadomo już którą, wersją sztandarowego „Sweet Home Alabama”. Czyli wszystko jest jak należy.

Lynyrd Skynyrd, God&Guns, Roadrunner 2009 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną