Rozmowa z Piotrem Pazińskim

Już nie ma kogo zapytać
O swojej książce „Pensjonat” i losach pokolenia powojennych Żydów w Polsce opowiada laureat Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury.

Justyna Sobolewska: – Rzeczywiście wychował się pan wśród starych ludzi tak jak bohater nagrodzonej przez nas powieści „Pensjonat”?

Piotr Paziński: – Pamiętam z dzieciństwa głównie starych ludzi. Może dlatego, że oni wszyscy trzymali się razem, żydowskie rodziny po wojnie były małe, zatomizowane, część wyemigrowała. Natomiast wiele było ciotek, przyszywanych wujków, których cały tłum się kłębił zawsze w domu. Podejrzewam, że niedostatek życia rodzinnego nadrabiali bardzo aktywnym życiem towarzyskim. Siedziało się w salonie u mojego wuja, gdzie masa pań i panów dyskutowała o polityce i o „Polityce”. Pamiętam płachty tygodnika, który był główną strawą duchową. Przechowywali je całymi latami, w stertach łapały kurz, ale nie wyrzucano ich, bo mogły się przydać.

Postaci z „Pensjonatu” też zbierają wszystko.

Gromadzą rzeczy, ale nie korzystają z nich. Pamiętam, że przechowywało się w kredensie serwis, na którym się nie jadło, z którego się nie korzystało, bo żadna okazja nie była wystarczająco dobra, żeby go wyciągnąć.

Opisuje pan schyłek, koniec tego żydowskiego świata. Jest w tym fascynacja rozpadem

To jest moja obsesja, że to się wszystko rozpadnie. Zastanawiałem się przez wiele lat, dlaczego lubię Krynicę, Zakopane i inne stare uzdrowiska, domy wczasowe – może właśnie dlatego, że mój pierwszy archetypiczny obraz to był podwarszawski pensjonat Śródborowianka, pierwowzór pensjonatu z książki, do którego jeździłem z babcią. U Virginii Woolf takim krajobrazem archetypicznym jest morze, latarnia morska, wielka rodzina. U mnie pierwszy był taki umierający świat.

Śródborowianka w powieści została nieco odrealniona. Powstała w latach 20., wtedy cała linia otwocka była w dużej mierze zamieszkana przez Żydów.

Miasteczka były w większości żydowskie, a wieś była polska. W Otwocku było pół na pół, w przedwojennych przewodnikach są reklamy pensjonatów dla izraelitów i chrześcijan. Śródborowianka była odnotowywana po prostu jako ekskluzywne uzdrowisko z kąpielami błotnymi, kasynem. Przyjeżdżali do niej ludzie z całej Polski.

Kiedy się zdegradowała?

Kiedy wywieziono Żydów podczas wojny, sanatorium upadło. Niesłychana jest też historia wojenna tego miejsca – stacjonował tam podobno oddział Tatarów z Waffen SS, którzy, jak słyszałem, ukrywali przez część wojny żydowską dziewczynkę. Potem weszli Rosjanie, wprowadzono kwaterunek, rozkradziono, co się dało. W wielu dawnych sanatoriach w okolicy Otwocka były sierocińce, w jednym z nich mieszkała Hanna Krall, w Śródborowiance też był sierociniec dla dzieci z gett. I dlatego Joint, organizacja żydowska, wykupił ją od państwa, przekazał Towarzystwu Społeczno-Kulturalnemu Żydów.

Jeszcze przed wojną w Otwocku działał też żydowski szpital psychiatryczny Zofiówka. W czasie likwidacji getta sanatoryjnego cały szpital rozstrzelano – między innymi była tam matka Tuwima. Tuwim jej potem szukał i po powrocie do kraju ekshumował ją. Szpital funkcjonował jeszcze 10 lat temu, a teraz to jest ruina. W okolicy zachował się cmentarz, który ma dużą część sanatoryjną. Są tam inskrypcje po polsku, po hebrajsku: często młodzi ludzie zmarli „w kwiecie wieku” na gruźlicę. W religii żydowskiej nie wolno przewozić zwłok, więc jeśli tam zmarli, tam się ich chowało.

„Pensjonat” nie jest jednak portretem miejsca, tylko raczej obrazem pokolenia powojennych Żydów, którzy mają poczucie, że są ostatni.

Jednak to nie było czekanie na koniec. W nich był jednocześnie jakiś witalizm, trzymali się kurczowo życia, gimnastykowali się co rano, spacerowali po lesie, taszczyli te gazety. Kłócili się o bieżącą politykę. Może byli przekonani, że jeszcze jeden zakręt historii i znowu będą potrzebni, ale okazało się, że nikt ich nie potrzebuje.

Kiedy przyjeżdżał pan jako dziecko pensjonat był pełny, w rozkwicie.

Nie do końca. To było jakieś 10 lat po marcu 1968 i widmo katastrofy było niezwykle silne, część tych ludzi interpretowała tamte wydarzenia nie w kategoriach żydowskich, tylko komunistycznych, że to źli „moczarowcy”, reakcjoniści. Moczarowcy - to było tajemnicze słowo, które się często pojawiło, ale go nie rozumiałem.

Atmosfera tego domu była chyba wyjątkowa, niepodobna do innych na świecie.

Tłumaczyłem jakiś czas temu wspomnienie Ireny Klipfisz, córki jednego z działaczy przedwojennego Bundu. Oni wyjechali jeszcze przed wojną do Ameryki i jeździli do słynnego Catskills, które jest w pewnym sensie odpowiednikiem Śródborowa i linii otwockiej. Tam było podoba atmosfera: dyskusje, recytacje, wszystko odbywało się w jidysz. To był podobny krajobraz świeckich, kłócących się staruszków. Ktoś ma prelekcje, dyskutują siedząc na ławkach lesie. Tutejsza specyfika była taka, że ci rzeczywiście mieli poczucie, że byli ostatni, rozbici.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną