Paszporty POLITYKI

Pisać tak, żeby dziecko zrozumiało

Natalia Fiedorczuk-Cieślak o swoim literackim debiucie

Natalia Fiedorczuk-Cieślak Natalia Fiedorczuk-Cieślak Leszek Zych / Polityka
Rozmowa z laureatką Paszportu POLITYKI w kategorii Literatura Natalią Fiedorczuk-Cieślak.
materiały prasowe
Polityka
materiały prasowe

Justyna Sobolewska: – O samochodach zwykle piszą mężczyźni, a w pani książce samochód odgrywa ważną rolę.
Natalia Fiedorczuk-Cieślak: – Dla bohaterki to przestrzeń wolności. Na przykład można wsiąść i uciec do Berlina. Samochód to też jest konieczność – w przestrzeni podmiejskiej, poza dobrze skomunikowanym wielkim miastem nie można bez tego żyć. Samochód jest narzędziem, ale i fetyszem wolności.

To jest też książka o przestrzeni – małomiasteczkowej, są i przedmieścia dużego miasta, rzadko opisywane w literaturze. Nawet te centra handlowe to centra podmiejskie.
Wychowałam się w miejscu, gdzie małomiasteczkowość jest zakorzeniona, to jest inna Polska niż ta z wielkich miast – i w takim miejscu też teraz mieszkam. Fascynują mnie zamknięte osiedla jako sztuczne światy, wykreowane bez myślenia o relacjach społecznych – znam historie młodych matek, które przeprowadziły się na osiedla deweloperskie i opowiadały mi, jak bardzo izolujące jest to doświadczenie. Zajmuję się relacjami sąsiedzkimi – pracuję na Bemowie, konkretnie wśród bloków na Jelonkach. To typowa zabudowa peerelowska i wszystko jest otwarte, są podwórka, trzepaki, tereny zielone, infrastruktura, która funkcjonuje do dziś. I nagle tam gdzieś też wyrastają bloki ogrodzone z każdej strony. Pracuję jako animator społeczny, między innymi z młodymi matkami. Jedna z mieszkanek opowiadała mi, jak ciężko wyciągnąć z domu ludzi, którzy mieszkają na osiedlu deweloperskim. Nie ma przestrzeni, gdzie można się spotkać. Jeśli się spotykają, to tylko wewnątrz osiedla, społeczności rzadko budują sieci.

W książce są wpływy bemowskie?
Tak, jest sporo śladów rozmów, które prowadzę w ramach pracy. Z inną młodą matką zawsze można znaleźć porozumienie. Na takim półformalnym spotkaniu mam aktywistek jedna z dziewczyn rzuciła: „O, Natalia napisała książkę o depresji poporodowej”. I zaraz pozostałe w krzyk: „O, ja miałam, a ja nie”, i zaczyna się rozmowa.

Moje doświadczenia pozostają w opozycji do doświadczeń bohaterki, ona jest w izolacji, nie umie nawiązać kontaktów z innymi kobietami. Dla mnie takie kontakty są potrzebne i wspierające. To jest taki rodzaj „ławki” pod domem, jak na Podlasiu, z którego pochodzę, a gdzie cały dzień siedziały babki i obgadywały innych. Z koleżankami w Białymstoku siadywałyśmy w niedzielę i obgadywałyśmy wszystkich, którzy przechodzili. To jest akurat ten element małomiasteczkowości, który buduje więzi społeczne. Jest to oczywiście trochę straszne i segregujące, bo najgorzej być tym „innym”, obcym, w konfrontacji z taką ławką.

W tej książce kobiety przekazują złe wzory, a czasem wchodzą w wyćwiczone od wieków role sfrustrowanych matek Polek.
Kiedy dotyka nas kryzys, ważną rzeczą jest to, co pamiętamy, jaką mamy pamięć genetyczną i wzorce. Moje więzi z kobietami wzmocniły się i wytworzyły się nowe, mamy sieć wsparcia. Zdałam sobie sprawę, że gdyby nie to, byłabym jak moja bohaterka. Sama książka jest prosta, prosto napisana. Gdzieś przeczytałam, że trzeba pisać tak, żeby zrozumiało dziecko, sama dodałam, trzeba pisać tak, żeby zrozumiało moje dziecko z aspergerem. Rozbierałam tę historię, nie chciałam robić jeszcze jednego „Macierzyństwa non fiction” Joanny Woźniczko. Nie chciałam pisać reportażu, zastanawiałam się, jak napisać o tak trudnych rzeczach.

Byli tacy czytelnicy, którzy uwierzyli, że to wszystko prawda – na przykład, że istnieje straż obywatelska matek, które donoszą na inne matki. A to jest fikcja.
Zainspirowałam się artykułem w prasie o tym, że w niedużym mieście sąsiedzi zaczęli na siebie donosić, odkąd zaczęło się 500+. 80 proc. z tych donosów okazało się nieprawdą, ale mogły one być podstawą do odebrania zasiłku. Zaczęłam zastanawiać się, co by było, gdyby to zostało sformalizowane? Kiedy napisałam ten rozdział, wrzuciłam go do sieci – i ludzie pytali, gdzie to się stało.

Interesowało mnie pogranicze gatunków. Fakt, że nie potrafiłam się do tej pory zdecydować na żadną dziedzinę twórczości, wzmacnia też moje gatunkowe niezdecydowanie. Korzystam z różnych środków, dobieranych bardzo intuicyjnie. Uważam się za dyletanta, mój mąż nazwał mnie kiedyś „Nikiforem gitary”, a ma do tego prawo, bo jest dyplomowanym muzykiem. W pewnym sensie bycie Nikiforem wiąże się z byciem buntownikiem, osobą, która zawsze staje w poprzek i robi swoje. Nauczyłam się to cenić, a nie obwiniać się za niedoskonałość tego, co robię.

Przewidywałam różne reakcje na tę książkę i jestem zaskoczona, że nie były tak ostre, jak reakcje na książkę Rachel Cusk („Praca na całe życie”). Jedna brytyjska recenzentka napisała, że powinno się Cusk odebrać dzieci, nie oceniała jej esejów jako literatury, a to jest przede wszystkim piękna książka o miłości do dziecka. Miałam takie zabawne wizualizacje, że w telewizji śniadaniowej będzie na pasku „Natalia Fiedorczuk – najgorsza matka w Polsce”. Ale na szczęście ludzie chyba zrozumieli, że to jest fikcja.

Jak wyglądała pani droga muzyczna?
Chodziłam do szkoły muzycznej, potem do liceum plastycznego. Brakowało mi tej muzyki. Ale interesowała mnie przede wszystkim kompozycja, a tego nie uczą na poziomie szkolnictwa średniego. Zaczęłam grać w zespole z muzykami starszymi o 10 lat. Na pierwszym ważnym koncercie wypiłam za dużo piwa i jakiś producent powiedział, że wszystko dobrze, tylko żeby pozbyli się tej laski. Potem grałam w zespołach Orchid i Happy Pills, a w końcu wydałam własną płytę jako Nathalie and the Loners. To był dobry moment, rok 2009, płyty się jeszcze trochę sprzedawały. Wyszły płyty Julii Marcell i Gaby Kulki, i był szał, że dziewczyny grają. A potem przyjechałam do Warszawy i trzeba było zarabiać. I tak związałam się z teatrem. Ale w przypadku muzyki i małych dzieci to jest dość trudny mariaż. Tworzenie muzyki jest angażujące zasoby zewnętrzne, pisać można na komórce.

Jak się ma pisanie piosenek do pisania książki?
Każde zdanie tej książki czytałam na głos, sprawdzając, jak brzmi. Starałam się, żeby ta książka była jak piosenka – krótkie rozdziały są jak kolejne numery na płycie. Uważam jednak, że muzyka jest trochę trudniejsza, chociaż raczej nie mam tu na myśli muzyki popularnej. Zresztą w ogóle piszę dzięki muzyce – namówił mnie Jarek Szubrycht. 7 lat temu chciał, żebym w jego magazynie „Ucho” pisała felietony. I pisałam je przez trzy lata co tydzień, to była niezła szkoła warsztatowa. Mogłam pisać o wszystkim – z perspektywy osoby grającej. I przekonałam się, że są takie tematy, o których nie należy pisać, bo wywołują hejt. Jednym z nich jest macierzyństwo. Owszem, można o tym pisać w odpowiednich mediach dla matek, ale nie w głównym nurcie.

Kiedy byłam w ciąży, napisałam felieton o tym, że jestem w ciąży i nie mam ubezpieczenia zdrowotnego. I o ile wcześniej nikt za bardzo nie komentował – nagle rozpętała się burza: „Dlaczego piszesz, że jesteś w ciąży?!”, „Dobrze, że jesteś w ciąży, już więcej nie zaśpiewasz”. Zrozumiałam, że nastąpiłam na jakiś odcisk, że są tematy obciążone kulturowo i chciałam zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

Ta książka powstała w odruchu buntu, że matka nie jest pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, który ma prawo do wątpliwości, nie jest też pełnoprawnym bohaterem literackim jak w Bildungsroman – raz, że kobieta, dwa, że matka – to nie jest poważny temat. Chciałam też stworzyć bohatera, z którym mężczyzna też się może utożsamić.

Do Paszportów zgłaszali tę książkę przede wszystkim krytycy mężczyźni.
Starałam się opisać klinicznie, jak wygląda taki stan, żeby pozwoliło to czytelnikowi zobaczyć człowieka w partnerce – matce. I zobaczyć, że to jest otoczone zmową milczenia, i zrozumieć, dlaczego kobieta musi mieć potrzebę kontroli, dlaczego mężczyzna czuje się często wyrzucony z tej diady matka-dziecko. Ta kontrola jest jej potrzebna, żeby zbudować się na nowo, chce mieć kontrolę nad jakąkolwiek dziedziną.

Opisuje pani stan, który nie musi być tylko depresją macierzyńską, ale i momentem rozpadu osobowości, bolesną transformacją. To jest uniwersalne.
Odwagi dodała mi książka Małgorzaty Halber. Jej „Najgorszy człowiek na świecie” to nie jest poradnik, jednak ma w sobie jakąś uniwersalną wartość terapeutyczną, nie tylko dla osób uzależnionych. Widziałam, jak ludzie wstają na spotkaniach i mówią: „To jest książka o mnie”. Nie jest to poradnik, nie jest świadectwo, jest to literatura pisana przez kobietę, która dotyka rzeczy bardzo podstawowych. Sama chciałam opisać stan, który wykracza poza doświadczenie macierzyństwa, może dotyczyć czegokolwiek innego. Zrozumiałam też przy drugim dziecku, że rodzina i twórczość są wektorami, które idą w przeciwnych kierunkach. Żeby to jakoś pogodzić, trzeba mieć duże wsparcie i rodzaj szaleństwa.

Macierzyństwo, przy całej swojej opresji, jest twórczo wyzwalające?
Wiadomo, że w sytuacji niedoboru ludzie są bardzo kreatywni, ja płacę za to cenę – czasem jestem nieobecna, myślami gdzie indziej, albo z drugiej strony – jestem najlepsza w przegapianiu deadline’ów. Ale na pewno macierzyństwo nauczyło mnie też, że pracuje się, nawet kiedy ma się pół godziny, mimo że mi się nie chce.

A piosenki przychodzą do głowy?
Przychodzą. Same dźwięki. Tak sobie ułożyłam życie, żeby była zawsze jakaś przestrzeń na twórczość.

rozmawiała Justyna Sobolewska

***

Natalia Fiedorczuk-Cieślak (ur. 1984 r.) – pisarka, piosenkarka, wokalistka i autorka tekstów. Wydała dwie płyty solowe jako Nathalie and the Loners. W 2012 r. ukazała się jej książka „Wynajęcie”, a jej debiutem literackim była książka „Jak pokochać centra handlowe” nagrodzona Paszportem POLITYKI.

Polityka 4.2017 (3095) z dnia 24.01.2017; Kultura; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Pisać tak, żeby dziecko zrozumiało"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Lekarka: Polska odwróciła się od pacjentek

„Osoby, które argumentują ten wyrok troską o życie i rodzinę, kradną czas kobietom. Decyzja trybunału sprawi, że te z nich, które chciały być matkami, nigdy nimi nie będą. A nas stawia w sytuacji nieetycznej” – mówi Kaja Filaczyńska, inicjatorka listu otwartego do TK, pod którym podpisało się niemal tysiąc lekarek i lekarzy.

Mateusz Witczak
23.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną