Recenzja spektaklu: "Ślub", reż. Paweł Wodziński

Od frustracji do terroru
Wodziński w somnambulicznym i męczącym, jak program TVN24 spektaklu, pokazuje, jak w dzisiejszej Polsce fikcja przenika się z rzeczywistością.
Scenka rodzajowa ze „Ślubu” wg Wodzińskiego
Łukasz Nowaczyk/Agencja Gazeta

Scenka rodzajowa ze „Ślubu” wg Wodzińskiego

Witold Gombrowicz, Ślub, reż. Paweł Wodziński, Teatr Polski w Bydgoszczy

Gombrowiczowski „Ślub” to kolejny odcinek realizowanego przez Pawła Wodzińskiego od kilku lat na bydgoskiej scenie serialu o degradacji i frustracji, które przeradzają się w agresję i skutkują polską wojną wszystkich ze wszystkimi. Przez rodzinny dom, do którego wraca Henryk (Michał Czachor), nie przetoczyła się wojna, jak sugeruje autor. Żyjący w kontenerze-melinie ojciec i matka to ofiary transformacji albo niedawnych grupowych zwolnień. Równie mocno boli ich bieda, co upadek w oczach ludzi. Szansą na powrót do dawnego (wyimaginowanego?) znaczenia ma być wracający ze świata, w garniturze, lakierkach i modnych okularach, syn. Ale jemu też daleko do człowieka sukcesu: garnitur niemodny, okulary też nie markowe – może absolwent bez pracy? Celebra i zadęcie mają zakryć mizerię rzeczywistości, zawsze jednak znajdzie się jakiś Pijak (świetny Mateusz Łasowski), który palcem wskaże prawdę. Logicznym wyjściem wydaje się więc władza absolutna, która ostatecznie pozwoli zapanować fikcji. Wodziński w somnambulicznym i męczącym, jak program TVN24 spektaklu, pokazuje, jak w dzisiejszej Polsce fikcja przenika się z rzeczywistością, a szaleństwo sąsiaduje z logiką.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną