Recenzja spektaklu: „Wojna światów”, reż. Weronika Szczawińska

Inwazja z Marsa
Zakończenie tej może mało wyszukanej satyry społecznej jest tyleż zaskakujące, co ironiczne.
Od lewej: Natasza Aleksandrowitch, Beata Dutschman i Michał Bałaga
Bartek Warzecha/materiały prasowe

Od lewej: Natasza Aleksandrowitch, Beata Dutschman i Michał Bałaga

Weronika Szczawińska opisane przez Wellsa w 1897 r. starcie cywilizacji ziemskiej i marsjańskiej zamknęła w wiktoriańskim saloniku, gdzie popołudniowa herbatka pod wpływem kolejnych informacji zamienia się w seans strachu i opowieść o końcu pewnego świata. Konwenanse, gorsety, nakazane zwyczajem gesty i słowa zmieniają się w partyturę ruchowo-dźwiękową, podkreślającą skostnienie świata opisanych przez Wellsa brytyjskich elit. Ich bezradność wobec najazdu z Kosmosu podszyta jest wyrzutami sumienia i zrozumieniem – przez dekady bez pardonu kolonizowali inne kultury, teraz sami ulegają kolonizacji. Cały spektakl może być odczytywany jako aluzja do dzisiejszej sytuacji czy poczucia polskich elit najechanych przez obcą cywilizację z planety, nazwijmy ją, Dobra Zmiana. Najważniejszym punktem spektaklu jest monolog bohaterki granej przez Nataszę Aleksandrowitch, z wizją oporu – zejściem do podziemi (to często używana metafora przez ludzi teatru pozbawianych przez władze swoich scen, działa już przecież Teatr Polski – w podziemiu). W tym schronie dla ludzkości jednak miejsce znajdzie się znów jedynie dla elity: jednostek silnych i inteligentnych, zdolnych przechować wiedzę i rozwinąć ją oraz urodzić kolejne pokolenia nowych nadludzi. Zakończenie tej może mało wyszukanej satyry społecznej jest tyleż zaskakujące, co ironiczne.

Wojna światów według Herberta George’a Wellsa, reż. Weronika Szczawińska, Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną