Ludzie i style

Ciężkie życie

Marcin Dołęga w drodze po olimpijski medal

Marcin Dołęga powtarza: „czekałem na olimpijski medal ze 20 lat, to poczekam jeszcze cztery, jak tylko zdrowie pozwoli”. Marcin Dołęga powtarza: „czekałem na olimpijski medal ze 20 lat, to poczekam jeszcze cztery, jak tylko zdrowie pozwoli”. Grigory Dukor/Reuters / Forum
Padłeś? Powstań! – tak mówi do siebie Marcin Dołęga. Po klęsce na igrzyskach w Londynie wrócił do kieratu, bo brak olimpijskiego medalu w jego kolekcji wymyka się logice.
Dyskwalifikacja zrobiła z niego ciężarowego banitę. Dwa lata bez oficjalnych zawodów to szmat czasu.Yuri Cortez/AFP/EAST NEWS Dyskwalifikacja zrobiła z niego ciężarowego banitę. Dwa lata bez oficjalnych zawodów to szmat czasu.

Marcin Dołęga wszedł na pomost, głęboko odetchnął, rozciągnął ramiona i wolnym krokiem zbliżył się do sztangi ważącej 236 kg. Zacisnął dłonie na gryfie i z cichym stękiem zarzucił ciężar na ramiona. Parę szybkich oddechów, wyrzut ramion w górę i niemal ćwierć tony zawisło mu nad głową. Wrzawa widowni zagłuszyła tępy jęk pomostu, na który uśmiechnięty Dołęga rzucił sztangę. Satysfakcję z życiowego rekordu w podrzucie podkreślił, uderzając pięścią w klatkę piersiową, pozdrowił kibiców, po czym odebrał gratulacje od braci, Roberta i Daniela, również ciężarowców.

Tak było w połowie listopada na regionalnych zawodach w czeskim Havirovie. Ale ten scenariusz był pisany z myślą o igrzyskach olimpijskich w Londynie. Tam jednak do podrzutu nawet Dołęga nie dotrwał, wcześniej bez powodzenia trzykrotnie próbował wyrwać 190 kg.

To był szok, bo taki ciężar to dla Marcina kaszka z mleczkiem. Stawał przed dziennikarzami z błędnym wzrokiem i powtarzał: byłem dobrze przygotowany, nic mnie nie bolało, na treningach wszystko szło jak po maśle, nie potrafię tej klęski wytłumaczyć. Załamany dodawał: najwidoczniej się do ciężarów nie nadaję, a resztę to już dopowiedzcie sobie państwo sami.

Materiał na mistrza

Minął prawie miesiąc, zanim ogłosił, że jednak kariery nie rzuca. Trudny miesiąc, w ciągu którego dostęp do Dołęgi mieli tylko najbliżsi oraz ci, których sam poprosił o radę, co robić dalej. Wielu dobrych znajomych uznało, że to jest właśnie sytuacja, gdy najlepiej będzie taktownie zamilknąć. Niektórzy przyjęli, że ponieważ klęski Dołęgi nie da się wytłumaczyć, należy ją rozpatrywać w kategoriach ezoterycznych. Przecież po wycofaniu się najgroźniejszych rywali (z nie do końca jasnych powodów) był murowanym faworytem do złota, miał iść na pomost jak na defiladę. Ale sprzyjające okoliczności paradoksalnie pociągnęły go w dół. – Mistrzostwa świata są co roku, a igrzyska – co cztery lata. Następna szansa już się może nie trafić. Nie wszyscy takie ciśnienie wytrzymują – uważa psycholog Radosław Tworus, który przez kilka lat współpracował z kadrą sztangistów. – Wytrącić z równowagi może wszystko, nawet zwykła uwaga: tylko żebyś nie spalił.

Znawcy przedmiotu mówią: w takich chwilach to głowa dźwiga bardziej niż mięśnie.

Przegrana w takich okolicznościach do Dołęgi nie pasowała. Bliżsi i dalsi znajomi od sztangi mówią o nim: opanowany, sumienny, z podejściem zadaniowym. Na treningach nie odpuszcza, rywalizacja go nakręca – świetny materiał na mistrza. To, że nie ma medalu olimpijskiego, wymyka się logice.

Decyzja o kontynuowaniu kariery wymagała odpowiedzi na trudne pytania. – Po pierwsze, zgubiło mnie przekonanie, że nie mam tam z kim przegrać. Po drugie, niepotrzebnie zacząłem tak ostrożnie. Większy ciężar to większa mobilizacja. Nawet na treningach sztanga rzadko mi spada. A tu spadła i domino ruszyło – mówi, z wyraźną niechęcią wracając do tamtych chwil. Zrobił odwrotnie niż cztery lata wcześniej w Pekinie. Tam na pomoście porywał się na rekordy i przelicytował – brąz przegrał wagą ciała. Okazało się, że i tak źle, i tak niedobrze.

Więc teraz Marcin powtarza: czekałem na olimpijski medal ze 20 lat, to poczekam jeszcze cztery, jak tylko zdrowie pozwoli. Droga na szczyt prowadzi na razie przez trzeciorzędne turnieje, jak ten w Havirovie, którego pół roku temu w ogóle nie miał w planach. – Pracuję nad odbudową własnej wartości. Zawziąłem się, by jeszcze w tym roku udowodnić, że Londyn to był wypadek przy pracy – mówi Marcin. Listopad to nie jest czas bicia rekordów, ludzie sztangi wtedy albo są na wakacjach, albo kładą się na stoły operacyjne reperować nadwyrężone zdrowie.

Ciężarowy banita

Medal w Londynie byłby dla Dołęgi wisienką na torcie. W przyszłość miał spoglądać bez obaw, bo medal jest przepustką do dożywotniej olimpijskiej emerytury. Pewnie by został przy ciężarach, ale w roli instruktora i autorytetu. Życie po życiu miało się zacząć miłymi akcentami: akademiami ku czci oraz uznaniem w branżowych plebiscytach, gdzie laureat Dołęga powiedziałby z pewnością: przede wszystkim dziękuję żonie oraz córce za wyrozumiałość i wsparcie.

W nowych okolicznościach mógł to podtrzymać. – Wiedziałem, co robię, biorąc sobie sportsmenkę za żonę. Czym jest podrażniona duma, nie trzeba jej tłumaczyć – śmieje się Dołęga. Żona Marta była sztangistką, mistrzynią Polski, ale po ślubie razem z Marcinem zdecydowali, że jeden zawodowy sportowiec w domu wystarczy. Więc gdy tuż po powrocie z igrzysk Marcin snuł się po domu struty, nie wiedział, co ze sobą zrobić, poradziła: może idź na trening, na siłownię, to ci zawsze pomagało na stresy. Poszedł, spotkał starych znajomych, już się nie dało uciec od tematu przyszłości. – Pomogli mi zrobić rachunek kariery – mówi Dołęga. Wyszło na plus. Trzy razy mistrzem świata nie zostaje się z przypadku.

Zrezygnować po tej klęsce to byłoby przegrać po raz drugi, a właściwie jeszcze gorzej – poddać się bez walki, mówi Marcin. Na razie, wzorem mistrza Małysza, koncentruje się na najbliższym skoku. Pierwszy – rekord życiowy w podrzucie – już zaliczył. Teraz liczą się mistrzostwa Europy zaplanowane na wiosnę przyszłego roku – dobry wynik da Dołędze ministerialne stypendium utracone po wpadce na igrzyskach. Cel numer dwa to jesienne mistrzostwa świata, które odbędą się w Warszawie. Tam będzie wyrównywał rachunki za Londyn.

Dołęga miał już w sportowym życiu trudne chwile, gdy dalsza kariera stawała pod znakiem zapytania. – Może to i dobrze, że nie upadł pierwszy raz – uważa jego pierwszy trener Kazimierz Olszewski. – Tamte wzloty na pewno mu teraz pomogły.

Tak się składało, że upadki splatały się z igrzyskami. Osiem lat temu nie pojechał do Aten, bo tuż przed startem w jego organizmie wykryto zabronione substancje. Dostał dwa lata dyskwalifikacji. Wściekł się, bo czuł, że medal na igrzyskach był w jego zasięgu. Wybuchła afera, gdy Dołęga, razem z kilkoma kolegami z kadry przyłapanymi na dopingu, oznajmił, że wszystkie substancje podsuwał im trener Ryszard Szewczyk. Szkoleniowiec zaprzeczył, Polski Związek Podnoszenia Ciężarów powołał specjalną komisję do zbadania sprawy. Udziału trenera Szewczyka w dopingowym procederze nie potwierdzono.

Wtedy Dołęga odpalił drugą bombę – fiolkę z preparatem rzekomo podsuniętym przez trenera przekazał do analizy w laboratorium Instytutu Sportu. Badanie wykazało obecność środków przeciwbólowych. – Koperta z fiolką najpierw trafiła do PZPC. Uważam, że ją podmieniono i zrobiono ze mnie durnia. Byłem dla działaczy niewygodny, bo domagałem się zmian we władzach. Choć oczywiście głupotą z mojej strony było łykanie wszystkiego, co mi trener podawał – powtarza.

Dyskwalifikacja zrobiła z niego ciężarowego banitę. Dwa lata bez oficjalnych zawodów to szmat czasu. W pierwszym odruchu chciał wyjechać do Anglii. To było akurat pierwsze lato po wejściu Polski do Unii Europejskiej, ruszyła na Wyspy fala zarobkowej emigracji. Znajomi Marcina, którzy jakoś się tam urządzili, zachęcali do przyjazdu. – Już byłem zdecydowany, gdy okazało się, że Marta jest w ciąży. Wspólny wyjazd nie wchodził w grę, zostawić jej nie chciałem – wspomina.

Ale jakoś trzeba było zarabiać. Miał znajomych, którzy na Mazowszu prowadzili dyskoteki, najął się u nich jako bramkarz. Poznał wtedy Piotra Małachowskiego, przyszłego wicemistrza świata i olimpijskiego w rzucie dyskiem, który też dorabiał w ochronie, by związać koniec z końcem. – Spokojna praca. Jak klient był pod napięciem, to wystarczała rozmowa – wspomina.

Wtedy rękę do Dołęgi wyciągnął biznesmen z Otwocka, Stefan Maciejewski, za młodu sztangista. Stworzył prywatny klub, w którym skupił krajową czołówkę, w tym zawodników przyłapanych latem na dopingu – oprócz Dołęgi m.in. Szymona Kołeckiego. – Związek zostawił ich na lodzie. Marcin miał nawet zakaz wstępu do ośrodka przygotowań olimpijskich w Siedlcach, gdzie mieszkał. Znałem go, wierzyłem, że świadomie nie brał dopingu. Szkoda mi było, żeby się zmarnował. Tuż po dyskwalifikacji był załamany, ale jak już wznowił treningi, to uśmiech mu wrócił – mówi Maciejewski.

Dołęga wrócił do gry na mistrzostwach Europy w Cetniewie. Został mistrzem, a do tytułu dołożył jeszcze rekord świata w rwaniu – 199 kg. Kilka miesięcy później zdobył swój pierwszy tytuł mistrza świata.

Ponowne narodziny

Na horyzoncie były już igrzyska w Pekinie, ale przygotowania do olimpijskiego debiutu nie szły gładko. Najpierw, jesienią 2007 r., Dołęga nie obronił tytułu mistrza świata – tak jak na igrzyskach w Londynie spalił wszystkie próby w rwaniu; nie poradził sobie ze sztangą ważącą 193 kg. Mocno ucierpiała duma, ale prawdziwym problemem były nasilające się kłopoty z kolanami – były przeciążone, ścierały się w nich tkanki chrzęstne. – To nie jest kontuzja typowa dla sztangistów. Cierpią na nią kolarze, lekkoatleci, piłkarze, siatkarze – informuje dr Marek Krochmalski, chirurg ortopeda z łódzkiej kliniki Medical Magnus, który opiekował się Marcinem.

Dołęga powinien położyć się na stole operacyjnym, ale taka decyzja była równoznaczna z rezygnacją ze startu w Pekinie. – Dla sportowca operacja zawsze jest nie w porę. A jeśli ma widoki na olimpijski medal, to już na pewno nie odpuści – mówi dr Krochmalski. Kolana Marcina były w tak złym stanie, że dalsze przerzucanie ton żelastwa było proszeniem się o nieszczęście. – Przeciętny człowiek nie zrozumie, jak wiele można poświęcić dla medalu. Dźwiga się, dopóki coś się nie zerwie – opowiada.

Zawziął się, żeby do Pekinu dociągnąć. Zaczęły się małe oszustwa – doraźne zabiegi, zastrzyki, które miały zapobiec dalszemu ścieraniu się chrząstek. Oraz większe – blokady przeciwbólowe. Krochmalski uchyla się od odpowiedzi na pytanie, czy takie postępowanie jest odpowiedzialne. – To była jego decyzja. Grunt, że nie zrobił sobie krzywdy – uważa.

Na igrzyskach przegrał brąz wagą ciała, o 70 g. – Wściekły byłem, ale potrafiłem znaleźć okoliczności łagodzące: przygotowania zakłócone przez stan zdrowia, zła taktyka podczas zawodów, olimpijska trema, bo tam się naprawdę denerwowałem, zwłaszcza że mi ten medal na szyi wieszano już przed startem. Pomyślałem: odkuję się w Londynie.

Ale z powodu kontuzji kolan wyjazd na kolejne igrzyska był niewiadomą. Za namową doktora zdecydował się na leczenie uszkodzonych chrząstek komórkami macierzystymi, co z grubsza polega na tym, że z krwi obwodowej pacjenta wydziela się komórki o właściwościach regeneracyjnych i wszczepia do zniszczonych tkanek. – Ta metoda nie była wtedy jeszcze w Polsce popularna. Jeśli chodzi o zawodowych sportowców, to Marcin przecierał szlak – mówi dr Krochmalski.

Operacje się udały. – Narodziłem się wtedy dla sportu od nowa. Dla mnie to był cud – wstawałem rano i nie płakałem z bólu – wspomina Marcin. Zdrowy i w pełni sił nakrywał konkurentów czapką – zdobył złoto na dwóch z rzędu mistrzostwach świata, na kolejne nie pojechał tylko dlatego, że zerwał mięsień prawego barku. Zgodził się na operację, ale na własnych warunkach: żadnych śrub, żeby się szybciej zagoiło. Nie stracił dużo z przygotowań przed Londynem, wziął to za dobrą wróżbę.

Przepustka do nieśmiertelnej sławy

Więc teraz Marcina pcha do kieratu przede wszystkim podrażniona ambicja. Wraca też trochę z braku lepszego pomysłu na życie. – Ale właściwie po co miałbym takiego pomysłu szukać? – irytuje się. – Dlaczego rezygnować, kiedy wiem, że jestem w ścisłej światowej czołówce, że znów mogę być najlepszy.

Na igrzyskach w Rio de Janeiro będzie miał 34 lata. Dużo jak na sztangistę. Nowym prezesem ciężarowego związku został właśnie Szymon Kołecki, przyjaciel Dołęgi, więc ma pewność, że będzie się przygotowywał tak, jak lubi najbardziej, czyli według własnego planu. – Słyszę czasem, że jedyne, co mnie motywuje do startu w Rio, to olimpijska emerytura. Tak mówią ci, którzy mnie nie znają albo nie mają pojęcia, czym dla sportowca jest olimpijski medal – przekonuje Dołęga. Z doświadczeń psychologa Tworusa wynika, że medal na igrzyskach to dla olimpijczyka nie polisa na spokojne życie, ale przepustka do nieśmiertelnej sławy. Która często staje się obsesją.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną