Kamil Stoch mistrzem świata w skokach

Miejsce w historii
Nikt nie powie o Kamilu Stochu: przypadkowy mistrz. Po porażce, jaką na własne życzenie zgotował sobie kilka dni wcześniej na średniej skoczni, pewność, z jaką teraz wygrał, budzi jeszcze większy podziw.

Chyba Kamil Stoch jeszcze nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, ale stał się właśnie w polskim sporcie punktem odniesienia, jeśli chodzi o nerwy ze stali i pewność siebie. Pokazał psychikę godną wielkich mistrzów – w drugiej serii skakał jako ostatni, musiał bronić zdobytej wcześniej zaliczki, najgroźniejsi rywale dali jasny sygnał, że tanio złota nie oddadzą, poza tym wisiało jeszcze nad nim widmo przykrej porażki z konkursu na średniej skoczni w sobotę, kiedy miał medal na wyciągnięcie ręki, a zepsuł skok, jak debiutant. Jeśli dodać do tego życie na skoczniach w cieniu legendy Adama Małysza i porównania do Orła z Wisły, przed którymi Kamil uciekał, jak mógł – widać cały ciężar, jaki wisiał nad nim przed najważniejszą próbą życia. Skoki narciarskie to jest zegarmistrzowska robota: ułamek sekundy nie w porę na progu skoczni, jeden fałszywy ruch w trakcie skoku – i wszystkie plany oraz marzenia biorą w łeb.

Tak się buduje legendę sportową, a oprócz niej wykuła się jeszcze ta druga, bardziej ludzka, bo postawa Kamila, który w przeddzień konkursu mówił, że mierzy w złoto, to nie jest w świecie zawodowego sportu, gdzie aż kipi od fałszywej skromności i wymuszonej asekuracji, normalna rzecz. Trzeba przyznać, że sporo takimi deklaracjami ryzykował, bo gdyby znów się nie udało, zaraz by się znaleźli specjaliści wyrokujący, że przegrał, bo zgubiła go pewność siebie.

Dwa skoki i już się ma miejsce w historii. Można wygrywać pojedyncze zawody w Pucharze Świata, nawet Turniej Czterech Skoczni, ale tylko mistrzostwo olimpijskie i świata dają sportową nieśmiertelność. To był do tej pory dla Kamila dość gorzki sezon, ale osłodził go sobie w najważniejszej chwili. Trafić z formą w dziesiątkę akurat na mistrzowskiej imprezie – to się tylko łatwo mówi. Najlepszy przykład: austriaccy skoczkowie, dla których jeden indywidualny medal w dwóch konkursach to klęska.

Brawa więc dla mistrza, brawa dla jego trenerów, z Łukaszem Kruczkiem na czele, który wspierał Kamila na wszystkich zakrętach jego sportowej drogi, a podczas konkursu wykazał się zmysłem taktycznym, z wyczuciem dobierając bramkę, z której Kamil ruszał po złoto. To wcale nie musi być koniec polskich radości na skoczni w Predazzo, bo już w sobotę konkurs drużynowy. Aż dziw bierze, że medal w drużynie jest w zasięgu ręki, gdy Małysz już nie skacze. Ale powtarzać, że to od niego wszystko się zaczęło – nigdy dość.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną