Ludzie i style

Na lodzie

Bródka wygrał bieg na 1500 m

Zbigniew Bródka stanie w Soczi na najwyższym stopniu podium. Zbigniew Bródka stanie w Soczi na najwyższym stopniu podium. Issei Kato / Reuters
Polscy panczeniści znów dojrzeli do medali olimpijskich. Bródka wywalczył złoto, mimo że Polska to nie jest przyjazny kraj dla łyżwiarzy szybkich.
Na torze (od lewej): Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś i Luiza Złotkowska.Mike Sturk/EPA/PAP Na torze (od lewej): Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś i Luiza Złotkowska.
Jaromir Radke na zawodach w Szwajcarii. Lata 90. XX w.Rene van Neuwenhuizen/Wikipedia Jaromir Radke na zawodach w Szwajcarii. Lata 90. XX w.

W finale łyżwiarstwa szybkiego na dystansie 1500 m w Soczi wzięło udział aż trzech polskich panczenistów. Zbigniew Bródka wywalczył dla Polski trzeci złoty medal olimpijski. Holender Koen Verweij dobiegł na metę zaledwie 0,003 sekundy później. Jan Szymański uplasował się na 15. pozycji, Konrad Niedźwiedzki – na 20. 

***

 

Rok 1997.

Świat panczenów żyje rewolucją w sprzęcie. Trener Wiesław Kmiecik jedzie do Inzell, jednego z ważniejszych ośrodków łyżwiarskich Europy, na prezentację organizowaną przez zespół naukowy pracujący dla holenderskiej ekipy. Na pokazie jest trochę technikaliów związanych z nowymi łyżwami oraz banalnie prosty eksperyment z użyciem drewnianego ludzika na sprężynie. Jak się sprężynę maksymalnie złoży, a następnie uwolni, ludzik leci wyżej, niż gdy się sprężynę składa w dwóch trzecich jej długości. Prelegent tłumaczy: wyobraźmy sobie, że ta nieuwolniona część sprężyny to staw skokowy – w używanych do dziś łyżwach unieruchomiony, bezużyteczny. Natomiast w panczenach nowego typu pięta odrywa się od płozy, płoza nie traci kontaktu z lodem, staw skokowy pracuje. Na średnich dystansach można zyskać nawet sekundę na okrążeniu. Przez salę przechodzi szmer podziwu.

Trener Kmiecik o epokowości wynalazku przekonuje się kilka miesięcy wcześniej – na pucharowych zawodach w Berlinie Holenderki na nowych łyżwach z łatwością biją rywalki. Wcześniej pojawia się grupa królików doświadczalnych, półzawodowców, z misją testowania nowości. Podczas wyścigów śmiesznie klapią piętami w płozy, budzą ogólne zwątpienie, co do tego, że są nośnikami postępu – czasy okrążeń mają średnie.

Trener Kmiecik: – Klapy oraz przeniesienie zawodów na kryte tory to były milowe kroki. Zamówiłem nowe łyżwy jako jeden z pierwszych trenerów z zagranicy. Myślałem: gońmy świat, jeśli chodzi o sprzęt. A kryty tor wreszcie musi u nas powstać.

Kadra polskich panczenistów jest wówczas „stabilna w stanach średnich”, gwarancję solidności dają Tomasz Świst, Jaromir Radke oraz Paweł Zygmunt i Paweł Abratkiewicz. Do Holendrów i Norwegów im daleko, ale miewają swoje pięć minut w pucharowych zawodach, jak również na mistrzostwach Europy.

Rok 2013.

Za parę dni święta Bożego Narodzenia. Kadra trenuje w Centralnym Ośrodku Sportu w Zakopanem. Trener Kmiecik staje na jednym z wiraży, filmuje miękko sunących po lodzie łyżwiarzy. Tempo okrążeń wyznaczają podawane przez trenera międzyczasy. Słońce w zenicie, na okalających taflę wzniesieniach kołyszą się świerki przykryte poduchami ze śniegu, w oddali pocztówkowa panorama Tatr. Przy tym zimno, -8 st. Celsjusza, mięśnie sztywnieją, nie ma właściwego czucia. Po niespełna godzinie trening trzeba kończyć.

Pobyt kadry w Zakopanem to zawsze randka w ciemno. Dzień zaczyna się i kończy od kontrolowania raportów meteo. Krótkotrwałe kaprysy aury można przetrwać, organizując trening w siłowni, również z użyciem specjalnych platform do imitacji łyżwiarskiego kroku. Jeśli zanosi się na załamanie pogody, trzeba przenosić się gdzieś pod dach – najczęściej do Berlina albo Inzell. – Ze światowej czołówki tylko Czeszka Martina Sablikova nie ma w kraju krytego toru. Ale czeskie panczeny to ona i koniec. Nasza siła jest bardziej rozproszona – podkreśla trener Kmiecik.

Świat odszedł od ścigania się pod gołym niebem po igrzyskach w Albertville w 1992 r. Wtedy ofiarą pogodowych kaprysów padł norweski gigant panczenów Johann Olav Koss. Do wyścigu na 5 km startował jako jeden z pewniaków do medalu, ale już podczas biegu nad torem pojawiła się marznąca mżawka. Łyżwy wżynały się w lód, opornie skręcały. Koss miał siódmy czas. Po wyścigu rzucił tylko: „To jakiś cyrk”.

Pielęgnujemy w Polsce panczeny w stylu retro – trener Kmiecik przykrywa frustrację żartem. Z torem w Zakopanem jest dużo problemów – po gruntownej przebudowie kosztem prawie 30 mln zł oddano go do użytku jesienią 2009 r. Od tamtej pory jest czynny na pół gwizdka – żaden ze sportowych opiekunów nie jest w stanie wysupłać ze swojego budżetu 50 tys. zł na sezon, żeby zamrozić tor już w październiku i podtrzymywać jego użytkowanie do marca, jak było w planach. – Działa od końca listopada do lutego – informuje trener Kmiecik. Więc kadra żyje na walizkach. Krzysztof Niedźwiedzki, trener kadry kobiet: – Przecież ci ludzie mają rodziny, prywatne życie. Ciągłe rozjazdy nie służą ich psychicznej higienie.

Rok 2010.

Koniec lutego, ostatnie konkurencje igrzysk olimpijskich w Vancouver. Cała sportowa Polska zamiera w oczekiwaniu na złoto Justyny Kowalczyk w biegu na 30 km stylem klasycznym, gdy tymczasem z łyżwiarskiej hali przychodzi sensacyjna wiadomość: Polki (w składzie Luiza Złotkowska, Katarzyna Woźniak, Katarzyna Bachleda-Curuś oraz rezerwowa Natalia Czerwonka) zdobywają brąz w wyścigu drużynowym.

Na igrzyskach droga do medali jest krótka – startuje tylko osiem ekip, wystarczy wygrać pierwszy wyścig i już się jest w czwórce najlepszych. Czas zatrzymuje się po minięciu mety przez ostatniego członka zespołu. Decydujące wyścigi Polki wygrywają podobnie – najpierw tempa narzuconego przez koleżanki nie wytrzymuje jedna z Rosjanek, a w pojedynku o brąz – Amerykanka. Tymczasem Polki trzymają się razem, są jak lokomotywa i dwa wagoniki – ze zmianą ról co kilkaset metrów.

Brązowy medal panczenistek to największa polska niespodzianka tych igrzysk. Na poprzednich, w Turynie, jedyną Polką jest Katarzyna Bachleda-Curuś (wtedy jeszcze nosi panieńskie nazwisko Wójcicka). Zgodnie z przewidywaniami odgrywa role drugoplanowe, ale robi się o niej głośno, gdy ujawnia, że dostała od holenderskiej trenerki propozycję 50 tys. euro do ręki w zamian za oddanie jej zawodniczce miejsca w wyścigu na 5 km. Odmawia, choć to nie jej specjalizacja – w wyścigu jest szesnasta, ostatnia.

Cztery lata między igrzyskami to czas gruntowania pozycji Polek w światowej czołówce. Na zeszłorocznych mistrzostwach świata przegrywają tylko z Holenderkami, w rankingu Pucharu Świata są również na drugim miejscu, co ma swoje znaczenie przy kojarzeniu par w rywalizacji drużynowej podczas igrzysk (Polki zmierzą się z siódmymi w klasyfikacji Amerykankami, a z Holenderkami mogą spotkać się dopiero w finale).

Indywidualnie wybija się Bachleda-Curuś. W pucharowych zawodach bije swoje życiowe rekordy, półtora miesiąca temu zajęła drugie miejsce w wyścigu na 1500 m w Berlinie – od 20 lat nie było Polki na podium w zawodach Pucharu Świata. Krzysztof Niedźwiedzki, trenujący Bachledę-Curuś od 12 lat: – Kaśka jest dla pozostałych dziewczyn punktem odniesienia. Prawie trzy lata temu urodziła dziecko, ale wróciła do sportu. Nasłuchała się, że wraca tylko po to, żeby nie stracić stypendiów. Ale się zaparła, odbudowała się fizycznie, co po dziecku nigdy nie jest łatwe. Teraz na treningach fruwa.

Niedźwiedzki jest pierwszym trenerem kobiet od ubiegłego marca. Zastąpił Witolda Mazura, który po Vancouver przyszedł w miejsce Ewy Białkowskiej. Impulsy do roszad za każdym razem wychodzą od zawodniczek, niezadowolonych ze swoich postępów indywidualnych. Kadra jest razem, ale trochę osobno, bo np. Luiza Złotkowska woli trenować pod okiem Mazura. – Ale nie ma złej krwi, kopania dołków. Witek został w sztabie reprezentacji. Jedziemy na tym samym wózku – podkreśla Niedźwiedzki.

Rok 2013.

Marzec, finał pucharowych zmagań w Erfurcie. Zbigniew Bródka właśnie zostaje pierwszym Polakiem, który zdobywa Puchar Świata na 1500 m. Trenerzy Kmiecik i Mazur siedzą nad zasłużonym kufelkiem i mają poczucie, że są w czarnej dziurze – poza wzmiankami w internecie o wyczynie Bródki cicho. Wtedy żadna polska telewizja nie jest zainteresowana transmisjami. Dopiero od tego sezonu pucharowe starty z udziałem biało-czerwonych pokazuje Polsat.

Panczeny to nie jest u nas oczywisty wybór. Bródka najpierw romansuje z short-trackiem (wyścigami na krótkim torze), zmianę specjalizacji podpowiadają mu m.in. fizjolodzy z Instytutu Sportu. Jan Szymański zaczyna od wyścigów wrotkarskich. Tylko Konrad Niedźwiedzki, syn trenera Krzysztofa, ściga się na łyżwach od dziecka. Od paru lat mieszka i trenuje w zakochanej w łyżwach Holandii, w zawodowej grupie, której największą gwiazdą i nieformalnym szefem jest Sven Kramer – mistrz olimpijski i świata. Ale w ostatnich latach tamtejsi sponsorzy zaciskają pasa, zawodowe grupy zwalniają w pierwszej kolejności dość drogich w utrzymaniu obcokrajowców. Wiesław Kmiecik: – Ale Konrad się utrzymał. Dzięki treningom u boku Svena zrobił duży postęp. Mnie w to graj: im lepsi będą chłopcy indywidualnie, tym bardziej zyska drużyna.

Trener Kmiecik powiada, że panczeny to ciężka harówa i trochę metafizyki. Podstawa jest solidna, jak we wszystkich sportach wytrzymałościowych – bieganie, w tym zabójcze sprinty pod górę, rower, siłownia. Do tego trening wyrabiający równowagę, bo panowanie nad krawędzią przy prędkości dobrze powyżej 40 km na godzinę to nie jest bułka z masłem.

W łyżwiarstwie szybkim wygrywa się połączeniem siły i elastyczności – podkreśla Wiesław Kmiecik. – Podobnie jak w pływaniu, chodzi o to, by jak najmniejszym wysiłkiem energetycznym pokonać opory. Jak ktoś się spina, usztywnia mięśnie, to już po nim. Siła i napięcie potrzebne są przy odepchnięciu od lodu, ale jak się nogę zabiera, to ciało musi przejść w stan swobody, musi płynąć. Tej miękkości ruchów samym treningiem się nie zbuduje. To trzeba mieć – dodaje trener.

Ekonomia ruchu ma się przełożyć na umiejętność utrzymywania prędkości – żeby z okrążenia na okrążenie tracić jak najmniej ułamków sekund. Taki wysiłek organizm dobrze toleruje, zrywy to niepotrzebne straty energii. Tylu niuansów potrzeba, żeby zbudować dobrego panczenistę. A jeśli chodzi o drużynę, wszystko trzeba jeszcze pomnożyć przez trzy.

Wiesław Kmiecik: – Dobranie zespołu to nie jest prosta sprawa. Rosjanie mają dwóch świetnych zawodników, ale brakuje im trzeciego. Niemki, przez lata potęga, w ogóle w Soczi nie wystartują. A nam się trafiło i u dziewczyn, i u chłopaków. Biorąc pod uwagę wszystkie problemy, jakie mamy, to mały cud.

Mężczyźni zapewnili sobie start w Soczi świetnym występem na Pucharze Świata w Berlinie, gdzie zajęli trzecie miejsce. W marcu na mistrzostwach świata zdobyli brąz. – Nie boimy się marzyć – mówi trener Kmiecik.

Lata 2010–14.

Po medalu kobiecej drużyny w Vancouver trener Niedźwiedzki myśli: no, teraz to już się na pewno doczekamy krytego toru. O halę walczy się m.in. na posiedzeniach sejmowej komisji sportu. Oddelegowani przez środowisko panczenów ludzie podsuwają projekty, według których koszt budowy takiego obiektu to 30–40 mln zł – w środku lodowego owalu przewidziane boiska do halowej piłki nożnej i innych sportów, żeby obiekt żył.

Podczas spotkań komisji toczą się dyskusje. Małe miasto? Źle, bo mało ludzi, małe zainteresowanie sportem, będą kłopoty z utrzymaniem hali. Większe miasto? Też niedobrze, bo konkurencja w ofercie sportowej jest mocna, nie ma żadnej gwarancji, że hala na siebie zarobi. Salomonowe rozwiązanie: na razie nie budujemy nigdzie. Posłowie rozchodzą się do innych zajęć z poczuciem uczciwie przepracowanych godzin. Panczeniści znów zostają na lodzie.

Polityka 5.2014 (2943) z dnia 28.01.2014; Ludzie i style; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Na lodzie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Tadeusz Gołębiewski i hotelowa gigantomania

Właściciel największej polskiej sieci hoteli Tadeusz Gołębiewski do tej pory był witany przez władze lokalne z entuzjazmem i nadzieją. Teraz ściąga też kłopoty i podejrzenia. Jego gigantomania ma powody, ale i cenę.

Joanna Solska
23.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną