Ziemowit Szczerek na Pomorzu Zachodnim

Ujście Odry: jedyna polska kolonia
To naprawdę wyglądało jak polska kolonia, jak Polska ustanowiona poza Polską, tyle że zamiast cywilizacyjnej pustki, leżały pod tym wszystkim trupy niemieckiej cywilizacji.
Szczecin. Stalin długo nie mógł się zdecydować, czy to Polska czy Niemcy
Alamy/BEW

Szczecin. Stalin długo nie mógł się zdecydować, czy to Polska czy Niemcy

Ciekaw byłem Szczecina. Rzadko tam się bywa. Bo na uboczu, bo trudno dojechać, bo dla Polski właściwie słabo istnieje. O Szczecinie, nie bójmy się tego powiedzieć, Polacy nie wiedzą wiele. Głównie to, że leży nad morzem. Co zresztą nie jest prawdą.

Szczecin imprezował, był piątek wieczór. Po ulicy Księcia Bogusława snuł się podpity tłum: hipsterzy i dresy mieszali się ze sobą, jak dwie wpadające w siebie rzeki o różnych nurtach. Dresy – energiczni, rozkrzyczani, rozklęci; hipsterzy – rozleniwieni, noga za nogą, spokojni. Niespecjalnie widać tu było wpływy Berlina, do którego ze Szczecina jest ta słynna godzina drogi i do którego wszyscy podobno jeżdżą czerpać inspirację. Było tu bardzo polsko, wręcz modelowo polsko. Szyldoza, tandetna rewitalizacja i knajpiana globalizacja. Ledwie było spod tego wszystkiego widać szczeciński układ miejski, z którego miasto jest dumne. Ale układ był stworzony przez tych, którzy stąd odeszli. Ci, którzy przyszli, po prostu do niego weszli. A kiedy skończył się PRL, podokręcali szyldy swoich biznesów, podobudowywali – tu i ówdzie – dobudówki, i jakoś to szło w kapitalistyczną przyszłość.

Rano poszliśmy tam, gdzie kiedyś znajdowało się stare miasto. Przez dawne centrum wyrąbano dwupasmówkę, którą od wody ciągnął wicher urywający łeb. Ale kawałek dalej, powoli, Szczecin zaczynał się miejsko regenerować, choć dość dziwacznie: tu i ówdzie, czasem wprost na klepisku, wyrastały budynki mające naśladować stare kamienice. Wyglądało to jak makieta, która ma ambicję zostać prawdziwym miastem, gdy dorośnie. Ale przyznać trzeba, że tworzył się nowy miejski lajfstajl. Siedziałem w ogródku kawiarni na „starym mieście” i gapiłem się na samochodziska sterczące za drucianą siatą jakiegoś parkingiszcza wstawionego tu z finezją ciosu w pysk.

Oglądałem na smartfonie stare zdjęcia i wyobrażałem sobie, jak tu kiedyś musiało być pięknie. Na nabrzeżu stały kamienice, na wodzie unosiły się łodzie. Bez przesady, Amsterdam to to nie był, ale jednak klasa zupełnie inna niż dziś, 70 lat później. Miasto, odsunięte po wojnie od Odry, chętnie wróciłoby do niej znowu, ale wygląda na to, że już za późno. Nabrzeżne ulice zamieniono w dwupasmówki i cały romantyczny klimat diabli wzięli. Koniec ze spacerami, wulgarna pragmatyka wzięła górę i z miejsca, które mogłoby być wizytówką miasta, zrobiono rynnę dla rozpędzonych aut.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj