Zbawix: tęcza znika, kultowe miejsce pozostaje

Plac wybawiony
Z warszawskiego placu Zbawiciela ostatecznie zniknęła tęcza. Przeniesiona w inne miejsce instalacja zapewne przestanie być społecznym fenomenem. Ale pozostanie nim sam plac.
Widok od wejścia do Planu B.
Jakub Szymczuk/Foto Gość

Widok od wejścia do Planu B.

Wszyscy liczą, że zostanie tu już na stałe patrol straży miejskiej, bo w miejscu, gdzie spędza wieczór wiele osób, dobrze to wygląda i dobrze działa.
Grażyna Myslińska/Forum

Wszyscy liczą, że zostanie tu już na stałe patrol straży miejskiej, bo w miejscu, gdzie spędza wieczór wiele osób, dobrze to wygląda i dobrze działa.

Plac jeszcze z tęczą.
Filip Klimaszewski/Forum

Plac jeszcze z tęczą.

Jarek Guła, twórca kilku warszawskich klubów, opowiadał kiedyś, jak sprowadził do Warszawy artystów na występ z okazji Dnia Uchodźcy. Nie amerykańskich czy angielskich, tylko hinduskich. I gdy tak jechali z lotniska, przez całe Śródmieście – a była godzina 22.00 w sobotę – Hindusi nagle z niepokojem pytają: „Gdzie jesteśmy?”. On na to: „W centrum”. „To gdzie są ludzie?”.

Tę anegdotę Guła przytoczył na łamach książki „Warszawa – w poszukiwaniu centrum”, której byłem współautorem. Wyszła mniej więcej 10 lat temu. Opowiadała o klątwie towarzyskiego centrum stolicy i o tym, jak prawie cały klubowy i kawiarniany ruch w stolicy po 1989 r., w trwodze przed mafią i wysokimi czynszami, uciekał na peryferia.

Klątwa ta zdawała się ciążyć również nad placem Zbawiciela, który do najruchliwszych miejsc wtedy nie należał. Tłumów nie przyciągał już sklep dawnej Centrali Rybnej, padła otwarta w latach 70. rybna restauracja Mesa (z wnętrzami stylizowanymi na prawdziwą mesę oficerską). Działała już kawiarnia Karma, powstała w miejscu największego sklepu płytowego w Polsce. Tę należałoby więc uznać za matkę nowego centrum towarzyskiego. Obok francuskie naleśniki sprzedawała Bastylia, którą uznać można za – powiedzmy – drugą matkę, bo cała okolica, tuż pod bokiem kościoła Najświętszego Zbawiciela, była dość przyjazna mniejszościom seksualnym. A skoro już kompletujemy rodowód, to dziadkiem zjawiska byłby lokal Corso – stara włoska restauracja, znana z tego, że dzieci przychodziły tu na lody, a pisarz Marek Nowakowski – na wódkę. Co jednak – zważywszy na temperament Nowakowskiego – nie czyniło z tego miejsca automatycznie salonu.

Dziś na plac Zbawiciela jako do salonu towarzyskiego Warszawy skieruje turystów gazetka z tanich linii lotniczych czy przewodnik „Lonely Planet”. Na miejscu goście zobaczą wieczorem tłum ludzi, przez który w pierwsze cieplejsze weekendy trzeba się będzie wręcz przedzierać. Co takiego się tu wydarzyło?

Koncerty do 22

Najpierw przyjechała grupa zapaleńców, którzy szukali miejsca na klub muzyczny. Znaleźli piętro nad rybnym, z wejściem przy punkcie dorabiania kluczy. Czyli lokal po dawnej Mesie. Ponieważ nie dało się tu urządzać dużych koncertów, czyli wprowadzić w życie głównego planu, ochrzcili go jako Plan B. Po czym okazało się, że kilka imprez trzeba zrobić jeszcze przed końcem remontu i oficjalnym otwarciem (sylwester 2006 r.) z powodów czysto ekonomicznych: wynajęli całość na komercyjnych warunkach, a w wyniku podziału restauracji i sklepu w lokalu nie było nawet prądu.

Pojawiły się więc koncerty, choć pomieszczenie, gdzie je urządzano, miało 40 m kw. i mogło pomieścić jakieś 50 osób. A kończyć trzeba było, ze względu na hałas, przed dziesiątą. – Okazało się, że imprezy tam całkiem nieźle wychodzą – mówi Michał Borkiewicz, współzałożyciel klubu. – Do tego stopnia, że saksofonista Ken Vandermark uznał w pewnym momencie to miejsce za jedną ze swoich ulubionych sal koncertowych w Polsce.

Codziennie coś się tu działo i choć nie były to rzeczy szczególnie modne (koncerty muzyki improwizowanej, spotkania poświęcone muzyce współczesnej czy literackie), szybko robił się tłum. A tłum w takich sytuacjach sam w sobie wzmaga zainteresowanie. – Doszło do tego, że aby się dostać na koncert w tej małej sali, trzeba się było przedzierać przez tłum gości Planu B – wspomina Borkiewicz. – I być może niektórym gościom nie chciało się wchodzić po schodach, a może nie mogli się zmieścić w środku, ale w pewnym momencie spotykanie się pod Planem stało się zwyczajem.

W ten oto sposób ścisk w małym wnętrzu, w połączeniu z nowym prawem zakazującym palenia w środku, spowodował pojawienie się zjawiska, którego wcześniej w Warszawie nie widywano. W małym wnętrzu wytworzyła się odpowiednia temperatura, ale żeby cały plac zaczął żyć, potrzebny był jeszcze zapalnik.

Francuski luksus

Popularne lokale warszawskie od lat 90. rozwijały się całymi zagłębiami. Z reguły bardziej surowemu i tańszemu klubowi towarzyszył bardziej snobistyczny i droższy. Tak było na Burakowskiej, gdzie niedbały Centralny Dom Qultury stał się alternatywą dla modnej Piekarni. Później na Dobrej, gdzie Diuna i Czuły Barbarzyńca stanowiły elegancką przeciwwagę dla Jadłodajni Filozoficznej i Aurory. Albo na placu Trzech Krzyży, gdzie klientela wybierała między kameralną Szpulką a wystawną Szparką.

Na placu Zbawiciela też doszło do podobnej polaryzacji, gdy do lokalu pod niedbałym Planem B (tego po sklepie rybnym) wprowadziła się dopracowana pod każdym względem francuska piekarnia i winiarnia Charlotte. Borkiewicz: – Trochę się podśmiewaliśmy – że tak modnie i pretensjonalnie, po francusku i że za chwilę się tu zrobi salon warszawski. Ale znaleźliśmy wspólny język i zaczęliśmy się dogadywać, nawet się przyjaźnimy.

Internet podśmiewał się jednak dłużej. Przede wszystkim z ceny bułki tartej z Charlotte (7 zł). Właścicielka tłumaczyła się wprawdzie w wywiadzie dla Natemat.pl, że bułka jest ręcznie mielona, że schodzi na nią trzy i pół bagietki, że opakowanie jest duże – ale było za późno. Bułka tarta z – jak już wtedy mówiono – Zbawiksa stała się symbolem luksusu. Satyryczne Sztuczne Fiołki jedną z kolejnych prac opatrzyły tekstem: „Arystokracja z Miasteczka Wilanów reaguje na pojawienie się Biedronki: »Tego jeszcze brakuje, żeby nam tu okoliczna biedota zjeżdżała. Przecież my z żonom to nawet bułke tarto w Szarlocie kupujem«”. Pojawił się też profil facebookowy „Opierdalam bagietę w Charlotte i rzucam okruchy biedakom z Planu B”. Sam lokal stał się nawet jednym z drugoplanowych bohaterów afery taśmowej – Jacek Krawiec, prezes Orlenu, zarzucał na taśmach Sławomirowi Nowakowi lans, jako argument podając fakt, że polityk chadzał do Charlotte.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną