50 lat temu zmarł Le Corbusier, projektant słynnych bloków z wielkiej płyty. I nie tylko

Ziarno i owoc rewolucji
Wizjoner, geniusz i niebotyczny twórca czy największy miejski szkodnik XX wieku? Dziś mija 50 lat od śmierci francuskiego architekta i urbanisty Le Corbusiera, ale ocena jego dorobku ciągle budzi gorące spory i skrajne emocje.
orionpozo/Flickr CC by 2.0

Tomasz Stanczak/Agencja Gazeta

Jedno nie ulega wątpliwości. Trudno by odnaleźć w historii architektury i urbanistyki ostatnich kilku stuleci bardziej wpływowego projektanta. Ba, trudno by znaleźć na świecie miasto, w którym nie pozostałby do dziś choć ślad jego idei. Budynek lub osiedle.

Le Corbusier absolutnie zdominował myślenie o mieście w XX wieku. Od pierwszych projektów i teoretycznych rozważań z lat 20. po śmierć (utopił się podczas kąpieli w Morzu Śródziemnym) – w 1965 roku. Ba, jego idee wyraźnie go przeżyły. Można założyć, że w Polsce pogrzebano je ostatecznie dopiero około 1989 roku. „Zrozumienie jego dzieła jest nieodzowne do zrozumienia architektury nowoczesnej” – pisał Patrick Nuttgens w „Dziejach architektury”.

Gdyby się Le Corbusier nie narodził, pewnie znalazłby się na jego miejsce ktoś inny (choć czy aż tak charyzmatyczny?). Był on w końcu nieodrodnym dzieckiem swej epoki. Maszyn, odrzucania przeszłości i patrzenia w przyszłość. Ale też racjonalności, masowej produkcji, efektywności. Niewiary w spontaniczność i wiary w planowanie. Pogardy dla tradycji.

Te nowoczesne „reguły gry” przeniósł twórczo do architektury i urbanistyki. Najpierw w swych słynnych „pięciu punktach nowej architektury”, następnie w tzw. Modulorze, czyli proporcjach architektonicznych łączących dwa parametry: ludzką sylwetkę i „złoty podział”. A w końcu w niezliczonych opracowaniach teoretycznych i realizacjach. Był heroldem postępu, który miał miejsce wszędzie wokół. Stąd zarzut, że Le Corbusier zniszczył miasta jest równie niepoważny jak zarzut, że masowy przemysł zniszczył cyzelowane rzemiosło, a samolot zabił radość niespiesznego podróżowania koleją. Po prostu reprezentował epokę.

Według idei głoszonych przez Le Corbusiera powstały na świecie tysiące miast, dzielnic, osiedli, domów. A kilkudziesięcioletnia perspektywa czasowa pozwala je coraz lepiej ocenić. Niewątpliwie w myśleniu twórcy o mieście było sporo pomysłów, którym i dziś trudno odmówić słuszności, jak choćby przekonanie o potrzebie jak najpełniejszego dostępu mieszkańców do słońca i zieleni. Inne dzielą fachowców, jak idea wyraźnego oddzielania przestrzeni mieszkaniowych od terenów biurowych, handlowych, przemysłowych. Czy przekonanie o potrzebie dominacji transportu publicznego (ale też samochodów prywatnych) nad ruchem pieszym.

Ale lista ewidentnych zarzutów także jest spora. Ma się mu za złe unicestwienie dotychczasowego modelu miasta z jego – zdawałoby się nieśmiertelnymi – walorami, jak pierzeje ulic, zaułki, falistość zabudowy, różnorodność. Wyrzuca to, że zabił życie miejskie, czy może inaczej: przeniósł z ulic i placów do samochodów i wind. Krytykuje samą architekturę: powtarzalną, odartą z indywidualności, wręcz koszarową. A nawet wypomina społeczne konsekwencje: łamanie tradycyjnych więzi społecznych, izolację ubogich i petryfikację, poprzez urbanistykę, społecznych podziałów.

A przecież warto pamiętać, że najbardziej radykalne jego projekty nigdy nie zostały zrealizowane. Jak choćby ten trzymilionowego miasta w kształcie prostokąta, którego głównym elementem są ciągi 60-piętrowych wieżowców ustawionych na planie gigantycznego krzyża. Proszę sobie wyobrazić życie w takim mieście.

Pierwszym najsilniejszym głosem sprzeciwu była słynna książka René Jacobs „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”, wydana w 1961 roku (rok temu ukazało się jej polskie wydanie). A później lawina krytyki ruszyła i przybierała na sile. W praktyce oznaczało to kreowanie nowych stylów, które jak najwyraźniej kontestowałyby idee Le Corbusiera. Z tej opozycji zrodził się rozbuchany estetycznie i flirtujący z historią postmodernizm, technologiczny Hi-tech, walczący z jakąkolwiek prostotą dekonstruktywizm czy przelewająca się architektura biomorficzna. A w urbanistyce – powracający wyraźnie do średniowiecznych korzeni miasta nowy urbanizm.

Gdyby chcieć pokazać Le Corbusiera jako diabła, należałoby pokazać palcem na wszystkie te peerelowskie osiedla mieszkaniowe z wielkiej płyty. Ale też na Brasilię, miasto-dekorację, które wprawdzie nie on zaprojektował (uczynili to Oscar Niemeyer i Lucio Costa), ale wiernie oddaje jego idee. Gdyby chcieć szukać w nim dobra, trzeba by przypomnieć jednostkę mieszkalną Unite d’Habitation w Marsylii: wzór dobrych, nowoczesnych intencji, które źle się zestarzały. Ale najciekawsze, że symbolem jego dorobku stał się niewielki kościółek Notre-Dame-du-Haut w Ronchamp we Francji, zaprojektowany… z naruszeniem praktycznie wszystkich reguł, które sam przez całe życie lansował.

Le Corbusier: świadomy prowokator, radykał. Równocześnie ziarno i owoc rewolucji, które przetoczyły się przez XX wiek. Mocno stąpający po ziemi, a równocześnie fantasta. Wizjoner, który chciał jak najlepiej zmieniać świat, ale nie docenił siły ludzkich przyzwyczajeń i indywidualności. Zarazem podziwiany i przeklinany, co jest najlepszą miarą geniuszu.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną