Wszystko, czego nie chcielibyście wiedzieć o bananach

Banan znika z twarzy
Jeszcze nie tak dawno był w Polsce symbolem luksusu, dziś staje się symbolem tego, jak człowiek przegrywa z naturą.
Mural Banksy’ego w Londynie
PYMCA/UIG/Getty Images

Mural Banksy’ego w Londynie

Pracownicy dużych i małych plantacji z południowej półkuli zbierają wyrośnięte, ale zielone jeszcze banany.
nobleIMAGES/Alamy Stock Photo/BEW

Pracownicy dużych i małych plantacji z południowej półkuli zbierają wyrośnięte, ale zielone jeszcze banany.

Opieka nad zagrożonymi chorobą plantacjami wymaga coraz większych nakładów.
Se Mo/Flickr CC by 2.0

Opieka nad zagrożonymi chorobą plantacjami wymaga coraz większych nakładów.

Gdy obywatele Stanów Zjednoczonych karczowali w latach 60. lasy deszczowe od Gwatemali po Kolumbię, by zakładać tam pierwsze, ogromne plantacje bananów, jeden z historyków pisał: „W tropikach natura pozostawiona sama sobie tworzy wyzbyte z żywności dżungle i miazmatyczne bagna. Banan z hodowli jest jednym ze znaków potęgi, jednym z triumfów człowieka nad naturą”. Jak bardzo się mylił – nie minęło 10 lat, a banany ze sztucznie wytworzonego gatunku Gros Michel zostały przeżarte przez niewidzialnego wroga, z którym wielomilionowe amerykańskie korporacje, odporne na wszystkie inne przeszkody, nie miały wtedy żadnych szans.

Tym arcywrogiem nie były potężne tropikalne cyklony, które niszczą tysiące bananowców i z którymi Gros Michel jakoś sobie radził wcześniej, gdy był hodowany na Jamajce. Mowa o chorobie roślin Panama, czyli o przenoszonych w glebie, na wibramie butów czy na oponach traktorów szczepach grzyba Fusarium oxysporum, przed którymi ten bananowiec nie potrafił się obronić.

Zabójczy grzyb

Amerykańscy plantatorzy najpierw obcinali maczetami żółknące liście, a potem mogli już tylko rozcinać gnijące od środka rośliny. Panama atakowała od korzeni, pozbawiając system naczyniowy bananowców możliwości rozprowadzania do komórek roślin wody. Ich serca, czyli w plantacyjnym żargonie część rośliny wydająca owoce, nie wypuszczały już po ataku nowych zielonkawych kiści.

Ludzie zatrudniani przez potężną wtedy amerykańską firmę United Fruit Company byli bezradni. A Fusarium oxysporum czekał na kolejnego nosiciela i niszczył ogromne plantacje w Ameryce Południowej i Afryce. Gros Michel przetrwał niezaatakowany m.in. w Tajlandii, która dzięki w miarę stabilnemu klimatowi umożliwiała trwający 14 miesięcy czas wydania owoców (nie ma czegoś takiego jak sezon na banany, w stałej wysokiej temperaturze i z dużą ilością wody rośliny są aktywne cały rok).

Ci, którzy mieli okazję go spróbować, mówią, że Gros Michel jest dużo smaczniejszy od bananów, jakie znamy, i bardziej odporny na powstające w transporcie brunatne plamy, których trzeba się wystrzegać, wybierając w supermarkecie najczęściej hodowany dziś banan świata – gatunek Cavendish.

Cavendish zastąpił Gros Michela i od razu, w latach 60., znacznie zmniejszył przychody pioniera Chiquity, jednocześnie pozwolił też zaistnieć drugiej firmie: Dole Food Company (obie kojarzone w Polsce z okrągłych nalepek na owocach). Ten gatunek, sprowadzony z Chin, początkowo wydawał się ludziom mdły. Można jednak założyć, że gdy w PRL staliśmy w kolejkach po banany, do sklepów rzucana była właśnie ta trochę gorsza odmiana.

Dziś, kiedy właściwie już zapomnieliśmy o różnicy w smaku, sytuacja się powtarza: odmianie Cavendish znów zagroził grzyb, zwany Fusarium wilt, czyli choroba Panama w trochę innej odsłonie: Tropical Race 4. Grzyb zaatakował już plantacje Cavendish w Australii, Azji i Afryce, w ciągu kilku lat prawdopodobnie dotrze do Ameryki Łacińskiej. Trwają próby genetycznego uodpornienia młodych roślin na Panama Tropical Race 4, stopowane przez przeciwników modyfikowanej żywności i problemy ze swobodnym handlem takimi produktami.

Tym razem jednak hodowcy i naukowcy nie znaleźli jeszcze dla Cavendish mocnej alternatywy. Najbardziej obiecującym wynikiem prac badawczych jest Goldfinger, który jednak ostrożnie odkładany jest na bok z powodu faktury miąższu: trochę bardziej przypomina po ugryzieniu jabłko niż banana. A gra idzie przecież o stworzenie globalnego masowego produktu – owocowej wersji pudełka z lunchem.

Za fiasko tej strategii odpowiedzialni są częściowo sami plantatorzy. W warunkach monokultury hodowali do tej pory hybrydy nieodporne na ataki Fusarium wilt. Cavendish są sterylne, nie rozmnażają się, więc plantatorzy nowe pędy wyrastające z trzonu muszą sadzić sami. Czasem, by uniknąć zakażenia gleby przez maszyny toksycznym grzybem, sadzili rękoma kilkadziesiąt tysięcy młodych roślin.

Na YouTube można obejrzeć klasyczny już film, w którym amerykański ewangelista Ray Comfort wychwala banana Cavendish: jego kształt, brak pestek, łatwą do obrania skórkę, mające być dowodem na geniusz boskiej kreacji. Nic bardziej mylnego, bo choć w dzikiej przyrodzie występuje ponad tysiąc gatunków, w tym banany o puchatych różowych skórkach, takie, które smakują jak truskawki, i takie, które mają w środku mnóstwo pestek, nie zostały wybrane do rozprowadzania kontenerowcami po całym świecie. Gros Michel i Cavendish powstały dawno temu ze sztucznego połączenia gatunków naturalnych, które zapewniły im odporność na uderzenia, smak i właśnie brak pestek.

Charakterystyczny owoc jest zarazem symbolem politycznego niepokoju. Trzeba tu sobie przypomnieć, w jaki sposób pojawiło się określenie „bananowa republika” – w Ameryce Łacińskiej, gdzie kiedyś imperium United Fruit (później przemianowane na Chiquita) znane było jako El Pulpo – Ośmiornica.

Karczowanie przez ośmiornicę dżungli, kontrola nad uprawami i wydawałoby się karkołomny plan biznesowy – transport bananów na drugi koniec świata – opłaciły się. Gdy tylko lokalne rządy próbowały się przeciwstawić dominacji korporacji z USA, ta wspierała nieoficjalnie wojskowe interwencje (w 1911 r. w Hondurasie, w 1954 r. w Gwatemali). Pomoc armii w Kolumbii zakończyła się tzw. bananową masakrą w 1928 r. Utrzymanie kontroli wymagało podejmowania takich działań wciąż na nowo. W 2007 r. Chiquita przyznała się do finansowania przez siedem lat kolumbijskiej organizacji paramilitarnej AUC i zapłaciła za to w USA karę 25 mln dol. W latach 90. dzięki otrzymaniu 1,7 mln dol. AUC miała sprawniej chronić Chiquitę przed wymuszaniem haraczy przez FARC. AUC stała się jednak wtedy przede wszystkim odpowiedzialna za torturowanie i zabijanie ludności cywilnej. 4 tys. poszkodowanych członków rodzin pozwało Chiquitę za wspomaganie organizacji terrorystycznej, ale wniosek w 2014 r. został odrzucony przez amerykański system sprawiedliwości.

W nie zawsze dopuszczalnych warunkach socjalnych i płacowych (organizacja humanitarna Oxfam zarzucała nadużycia i nieetyczne praktyki Dole) pracownicy dużych i małych plantacji z południowej półkuli zbierają wyrośnięte, ale zielone jeszcze banany. Opieka nad zagrożonymi chorobą plantacjami wymaga coraz większych nakładów, zwłaszcza od małych przedsiębiorców. A ci nie mogą liczyć na wysokie zyski – banany to jedne z tańszych owoców: kilogram kosztuje w Polsce średnio niecałe 4 zł.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną